Dwa tygodnie temu w Kasterlee na północy Belgii blisko 200 Polaków zostało pozbawionych prądu i gazu po zarządzonej przez burmistrza kontroli w zamieszkiwanych przez nich domkach.

 

Inspekcja wykazała, że instalacje były w opłakanym stanie, a właściciel domków nie miał pozwolenia na ich budowę oraz wymaganych prawem certyfikatów na doprowadzenie prądu i gazu.

 

Naczelny Sąd Administracyjny Belgii (Rada Państwa) uznał jednak w wyroku z 13 grudnia, że decyzja burmistrza o odcięciu prądu i gazu, co argumentował zagrożeniem dla bezpieczeństwa publicznego, była niezgodna z prawem.

 

"Nie wydaje się, że gmina miała wystarczające powody do uzasadnienia tak drastycznego środka, jak natychmiastowe odłączenie gazu i energii elektrycznej dla całego kempingu" - brzmi komunikat w tej sprawie.

 

Komunikat precyzuje, że decyzja o zawieszeniu decyzji burmistrza obowiązuje od 17 grudnia, "co pozwoli burmistrzowi podjąć ewentualnie nowe decyzje dotyczące zamknięcia dostępu do infrastruktury publicznej, które nie byłyby nielegalne".

 

Po odcięciu elektryczności na początku grudnia część pozbawionych odpowiednich warunków Polaków wróciła wcześniej na święta do kraju, część znalazła mieszkanie gdzie indziej, a około 30 osób zostało na kempingu.

 

Radio RMF FM, które poinformowało o sprawie jako pierwsze, podaje, że decyzja belgijskiej Rady jest bezprecedensowa, a tak szybkie anulowanie decyzji burmistrza należy do rzadkości.

 

W kwietniu zły stan budynku, w którym mieszkali Polacy w Belgii, doprowadził do tragedii. Przerobiony na mieszkanie hangar, w którym spało 11 Polaków, spłonął; zginęły wówczas dwie osoby.