Protestujemy przeciwko temu, że umożliwia się prywatyzację i komercjalizację publicznej służby zdrowia i państwowego systemu ratownictwa medycznego. To prawda, że konkurs wygrała prywatna firma (Falck), ale Chińczycy też wygrali kontrakt na budowę autostrad, i wszyscy wiemy, jak to wygląda - powiedział PAP Patryk Kosela z PPP.

Dodał, że firma, która wygrała konkurs w trzech rejonach Opolszczyzny jest ściśle powiązana z Platformą Obywatelską, a osobą łączącą firmę z PO - w opinii Koseli - jest Lech Barycki. B. doradca minister Ewy Kopacz, i b. członek gabinetu politycznego ministra Mirosława Drzewieckiego, wpływowy działacz warszawskiej PO jest związany z firmą Falck, i właśnie dlatego - po nagłośnieniu sprawy przez media - stracił stanowisko w gabinecie politycznym Drzewieckiego - argumentował Kosela.

Szef opolskiego Filip Nowak, który spotkał się z protestującymi, zdecydowanie odrzucił te podejrzenia. Ja nie znam żadnych powiązań, żadnej z firm z żadnym ze świadczeniodawców. Poza tym to nie jest przedmiotem oceny NFZ. My oceniamy czy są karetki, czy jest sprzęt medyczny i odpowiedni personel. W całym kraju jest to oceniane na tych samych zasadach - podsumował Nowak.

W rozmowie z dziennikarzami podkreślił, że konkurs na świadczenie usług ratownictwa medycznego jest przeprowadzany w całym kraju w oparciu o takie same przepisy. Postępowanie zostało przeprowadzona z należytą starannością, wszyscy, którzy chcieli wziąć nim udział i spełniali warunki określone w rozporządzeniu ministra zdrowia mogli to zrobić - wyjaśnił.

Dodał, że Falck wygrała w rejonach, w których - w ocenie komisji konkursowej - zaprezentowała lepszą od konkurencji ofertę. To były obiektywne oceny, zgodne z wytycznymi. Każdemu przysługuje prawo do odwołania. Jeśli został popełniony błąd, to zostanie on wyłapany, choć nie sądzą by tak było - ocenił Nowak.

Od wyników odwołały się trzy szpitale, m.in. ZOZ w Oleśnie. Zdaniem dyrektora tej placówki Andrzeja Prochoty, przegrana oznacza konieczność zwolnienia prawie 60 osób i zwrotu ok. 700 tys. zł unijnej dotacji. To są dla nas bardzo bolesna konsekwencje. Warunkiem pozyskania dotacji z Unii było utrzymanie trwałości projektu przez pięć lat. Brakuje nam jeszcze trzy lata, więc jeśli złamiemy zasady, pieniądze podlegają zwrotowi - zaznaczył.

Jego zdaniem dopuszczenie do konkursu podmiotu w formie spółki akcyjnej jest nieporozumieniem. Spółkę powołuje się po to, aby przynieść zysk akcjonariuszom. A całe pieniądze przeznaczone na ratownictwo powinny być przeznaczone na jego funkcjonowanie. Jeśli jest jakaś nadwyżka, to powinna zostać przeznaczona na wymianę i modernizację sprzętu albo na szkolenie ludzi, a nie na wypłatę dywidendy - podkreślił Prochota.(PAP)

jsz/ bos/