W październiku 2011 r. Sąd Rejonowy w Białymstoku skazał ich na kary po pół roku więzienia w zawieszeniu na 2 lata, po 2 tys. zł grzywny, a także obowiązek zwrotu NFZ prawie 18 tys. zł z tytułu nienależnej refundacji. Apelację składał ich obrońca, ale sąd uznał ją za bezzasadną i wyroki utrzymał w mocy.

Sprawa dotyczyła wystawienia kilkudziesięciu recept w latach 1998-1999. Chodziło przede wszystkim o wypisywanie recept na leki refundowane (w tym drogie leki onkologiczne) na inne osoby niż pacjenci, a także wykorzystywanie ulg przysługujących np. inwalidom wojennym.

Utrzymując wyrok sądu pierwszej instancji, sąd odwoławczy ocenił, że żaden z wypisanych leków, z recept objętych aktem oskarżenia, nie trafił w ręce osób, na które były wystawione recepty. A niektóre z tych osób nigdy nie były hospitalizowane w szpitalu onkologicznym.

Sąd ocenił, że korzyść majątkową miał nie tylko właściciel apteki, gdzie recepty zrealizowano, ale także pacjenci, do których trafiły leki wypisane np. na inwalidów wojennych, którzy mieli prawo do pełnej refundacji, czyli leku za darmo.

Sędzia Dorota Niewińska mówiła, że co prawda część recept była wypisana w grudniu 1998 roku, ale zrealizowana od stycznia 1999 roku, czyli już po wprowadzeniu systemu kas chorych. Refundacji za wypisane leki dokonała Podlaska Kasa Chorych, dlatego też jej następca prawny - oddział NFZ - jest podmiotem, który poniósł szkodę z tytułu nienależnej refundacji.

Prokuratura Okręgowa w Białymstoku prowadziła śledztwo w tej sprawie od 2003 roku; było ono jednym z najdłużej przez nią prowadzonych. Początkowo podejrzanych było 17 osób - lekarzy oraz właścicieli i pracowników aptek. Śledztwo wobec większości z nich zostało jednak umorzone.

Jak wyjaśniała wówczas prokuratura, na początku było wiele symptomów świadczących o dużej skali oszustwa. Biegły ocenił jednak, że mimo iż recepty nie trafiły do rąk pacjentów i często nie wiedzieli oni o wypisaniu recepty na ich nazwisko, to jednak byli tymi lekami leczeni.

Dlatego ostatecznie zarzuty postawiono trojgu lekarzom, specjalistom z wieloletnim doświadczeniem. Żaden z nich, zarówno w śledztwie, jak i przed sądem, nie przyznał się do zarzutów, bo prokuratura przyjęła, że działali z chęci zysku.

Przed sądem pierwszej instancji oskarżeni (w sądzie odwoławczym ich nie było zarówno na rozprawie apelacyjnej jak i publikacji wyroku) tłumaczyli, że nikogo nie chcieli narazić na straty czy wyłudzić leki. Przypadki wypisania recept na inne osoby tłumaczyli m.in. nawałem pracy czy zmęczeniem. Mówili też o tym, że czasami chodziło o ułatwienie życia pacjentom, by nie musieli sami szukać leku. Przywoził go wówczas do szpitala aptekarz, który odbierał receptę. (PAP)

rof/ abr/