Jak samorządy radziły sobie dotąd z wydawaniem funduszy unijnych?

Filip Pazderski: Ostatnie siedem lat wydatkowania funduszy unijnych to okres, kiedy wszyscy się uczyliśmy i naprawdę zdobyliśmy tej wiedzy wiele. Wydatkowania uczyły się samorządy, urzędnicy różnych szczebli a razem z nimi beneficjenci: różnego rodzaju organizacje, instytucje, które korzystały z funduszy. Wszyscy obserwujemy, że przez siedem lat Polska się zmieniła, wiele inwestycji zostało zrealizowanych, wiele samorządów się rozwinęło.

Ale z wydatkowaniem funduszy unijnych najlepiej sobie radziły największe miasta. Statystyki pokazują, że była tam wydawana co czwarta złotówka. To zgodne z koncepcjami dotyczącymi rozwoju Polski zaproponowanymi przez rząd np. w strategii "Polska 2030", gdzie mówi się, że duże miasta, metropolie mają być centrami, które rozwijając się będą pociągały za sobą okoliczne gminy. Rzeczywiście, w ostatniej siedmiolatce unijnej tak to wyglądało - największe miasta, takie jak Warszawa, Łódź, Katowice, Poznań, czy Gdańsk, a patrząc na ścianę wschodnią - także Białystok, radziły sobie z wydatkowaniem tych pieniędzy całkiem dobrze i najwięcej ich wydały.

Niemało środków unijnych poszło do mniejszych gmin wiejskich, a najgorzej radziły sobie średnie miasta o wielkości od 50 do 100 tys. mieszkańców. Widać tendencję ich pogłębiającego się marginalizowania. Co raz więcej ludzi z nich wyjeżdża, biznes się nimi nie interesuje, zaczynają tracić na znaczeniu. Powstaje pytanie: co dalej? Jak i w jakim kierunku Polska ma się rozwijać?


Z jakiego powodu średniej wielkości miasta radziły sobie najgorzej?

Zabrakło ludzi, którzy wiedzieliby, jak po środki unijne sięgnąć? Czy może zostały one źle zainwestowane?

F.P.: Przede wszystkim średnie miasta wykorzystały najmniej środków, co oznacza, że pewnie nie było ludzi, którzy mogliby się zająć przygotowaniem odpowiednich aplikacji, dokumentów umożliwiających sięgnięcie po unijne pieniądze. Wnioski o pozyskanie funduszy muszą być na odpowiednim poziomie formalnym przygotowane, zaakceptowane przez odpowiednie instytucje, potem trzeba przeprowadzić cały proces sprawozdawczości. To nie jest proste. Myślę, że wiele księgowych w tym kraju przeszło trudny i często stresujący proces edukacji, nauki, jak postępować z tą dokumentacją. Prawdopodobnie w tych miastach mogło także zabraknąć dostatecznej energii, koncepcji, na co te środki wydawać.

Pieniądze unijne wymagały tego, by wypracować strategię lokalnego rozwoju i wydatkować je zgodnie z długofalowym pomysłem, by poszczególne inwestycje składały się na spójną całość. W mniejszych miastach tej inwencji, długofalowego myślenia zabrakło.


Nie zabrakło takiej inwencji w gminach wiejskich.

F.P.: W gminach wiejskich sytuacja wyglądała o tyle inaczej, że kierowane były do nich odrębne środki np. z Europejskiego Funduszu Rolnego na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich. Przewidziano w nim konkretne działania dostosowane do specyfiki gmin wiejskich. Ponadto rolnicy z oddzielnej puli budżetu otrzymują subwencję unijne. Widać, że polska wieś bardzo na tym skorzystała i zaktywizowała się. Oczywiście są lepsze i gorsze przykłady, jak zawsze.

Co z dużymi inwestycjami małych gmin, których utrzymanie znacznie obciąża obecnie gminne budżety. Czy dużo było takich nieprzemyślanych wydatków?

F.P.: Rzeczywiście zdarzało się, że brakowało wcześniejszego, gruntownego przemyślenia, jak dana inwestycja ma danej społeczności służyć i jak zadbać o to, by przynosiła tej społeczności stałą korzyść. Można, daleko nie szukając, zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście potrzebowaliśmy wszystkich stadionów, zbudowanych na Euro 2012, sfinansowanych częściowo również z pieniędzy unijnych. To jest także kwestia prawie już przysłowiowego aquaparku budowanego w każdej gminie. Nie chodzi tylko o to, by daną inwestycję sfinansować, ale także mieć pomysł, jak ją potem wykorzystywać, przygotować ludzi, by z danej infrastruktury korzystali: czy domu kultury, aquaparku, czy stadionu. Wydaje mi się, że jest to też wyzwanie, na które musimy odpowiedzieć w ramach kolejnej puli środków unijnych.


Na ile społeczność lokalna mogła decydować, na co zostaną przeznaczone pieniądze unijne, a na ile były to pomysły narzucone przez lokalne władze?
@page_break@

F.P.: Kluczowe w wydatkowaniu pieniędzy unijnych i w myśleniu o rozwoju lokalnym jest angażowanie w ten proces przedstawicieli różnych grup społecznych, interesariuszy, czy wywodzących się z biznesu, czy ze społeczeństwa obywatelskiego, czy z innych środowisk. Z tym bywało różnie. Komisja Europejska przyznając Polsce pieniądze nałożyła na nas pewne obowiązki związane z zasadami ich wydatkowania. Zostały utworzone tzw. komitety monitorujące, ale poszczególne regiony nie były w równym stopniu otwarte na współpracę z grupami obywateli. W regionach mamy różny poziom kapitału społecznego, rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i nastawienia na kooperację.


To temat bardzo ważny w perspektywie kolejnych siedmiu lat wydatkowania pieniędzy unijnych, gdyż teraz Komisja Europejska postawiła bardzo duży nacisk na to, by wszystkie działania były prowadzone a pieniądze wydatkowane zgodnie z tzw. zasadą partnerstwa. Mówi ona, że na każdym etapie wydatkowania pieniędzy unijnych w proces muszą być włączeni przedstawiciele różnych grup społecznych. Co więcej, również kraj członkowski będzie musiał się potem Komisji wytłumaczyć, jak zasadę partnerstwa realizował. Stosowanie zasady partnerstwa powinno było dotyczyć już procesu przygotowania w poszczególnych województwach regionalnych programów operacyjnych na lata 2014-2020.


Unia Europejska zaproponowała konkretne mechanizmy, które mogą służyć wsparciu tego typu współpracy. Jest to m.in. Rozwój Lokalny Kierowany przez Społeczność (RLKS) - narzędzie, które sprowadza się do wydzielenia pieniędzy wydawanych w danym regionie np. na terenie danej gminy i przekazaniu ich koalicji podmiotów składających się z przedstawicieli lokalnego samorządu, lokalnego biznesu, organizacji pozarządowych. Koalicja ma najpierw przyjąć lokalną strategię rozwoju a następnie sfinansować konkretne projekty, które mają wyznaczone cele realizować. Chodzi o to, by były to projekty wartościowe i cenne dla społeczności lokalnej.


Drugi mechanizm to tzw. Zintegrowane Inwestycje Terytorialne (ZIT), czyli narzędzie skierowane na współpracę między różnymi samorządami. Tej kooperacji u nas do tej pory brakowało, gdyż inwestycje były zawężone do poszczególnych jednostek: gmin czy powiatów. Natomiast wiele inwestycji wymaga współpracy między nimi np. nie możemy mówić o ochronie środowiska w jednej gminie, ale trzeba chronić cały region. Podobnie budowa dróg czy modernizacja kanalizacji wymaga współpracy.

Co powinno być priorytetem przy wydawaniu ostatniej tak dużej puli środków unijnych przyznanych Polsce na lata 2014-2020? Czy jest szansa na większe zaangażowanie lokalnych społeczności?

F.P.: Nasze dotychczasowe doświadczenia związane z wydawaniem pieniędzy unijnych a także przygotowania do nowej siedmiolatki unijnej pokazują, że mamy duży problem ze współpracą, z zaufaniem. A przecież nikt nie jest kompetentny we wszystkich obszarach i lepiej kumulować wiedzę, umiejętności różnych podmiotów. Największą wartością byłoby, gdybyśmy nauczyli się wydawać środki unijne z wykorzystaniem narzędzi, o których była już mowa: Rozwój Lokalny Kierowany przez Społeczność oraz Zintegrowane Inwestycje Terytorialne.

Polskie samorządy nie są wcale tak bardzo nastawione na współpracę między sobą, raczej na rywalizację i rozwiązywanie swoich własnych, lokalnych problemów. Jeśli udałoby się zbudować koalicje, nawiązać współpracę, by uczyć się od siebie, to już będzie wielką wartością. A że przy okazji zbudujemy dalsze kilometry autostrad, może aquaparki i inną infrastrukturę - ja bym opowiadał się bardzo za instytucjami kultury, które mogą aktywizować społeczności lokalne - to będzie z korzyścią dla nas wszystkich.

(PAP)