Żukowiec (zgadza się na podawanie jego nazwiska i prezentowanie w mediach wizerunku) od początku śledztwa, a potem w trakcie procesu, nie przyznawał się do zarzutów i przekonywał, że nadesłane z Białorusi dowody przeciw niemu są sfałszowane, a sprawa ma związek z jego działalnością w antyłukaszenkowskiej opozycji.

Prokuratura chciała dla niego kary więzienia w zawieszeniu, grzywny i orzeczenia obowiązku naprawienia szkody bankom, obrona - uniewinnienia.

Sędzia Szczęsny Szymański szczegółowo uzasadniał wyrok, który co do kary więzienia jest surowszy, niż chciał prokurator. "Wyrok skazujący jest oczywiście wyrazem przekonania sądu o tym, że dowody zgromadzone na Białorusi są dowodami rzetelnymi i zarazem dowodami wiarygodnymi" - mówił.

Długo wyjaśniał, dlaczego uznał, że nie doszło do fałszowania dowodów na Białorusi, dlaczego za wiarygodne uznał zarówno dokumenty jak i zeznania świadków z tego kraju oraz z Łotwy, i dlaczego ocenił, że doszło do oszustwa bankowego zarzuconego oskarżonemu.

Przywoływał m.in. opinię polskiej biegłej z zakresu grafologii, która analizowała podpisy na umowach, oraz zeznania świadków przesłuchiwanych w formie telekonferencji w Rydze na Łotwie.

Część świadków była przesłuchiwana, w drodze pomocy prawnej, także przed sądem w Mińsku. W czynnościach tych sędzia Szymański uczestniczył. Jak mówił w uzasadnieniu wyroku, nie było oznak, by zeznania były składane pod przymusem, naciskiem albo były wyuczone.

Jak przypominał sędzia, przyczyną prowadzenia procesu Żukowca w Polsce było to, że Sąd Apelacyjny w Białymstoku w 2002 roku uznał wydanie go Białorusi - ze względu na jego związki z tamtejszą opozycją - za prawnie niedopuszczalne.

Odpierał jednak argumentację obrońców Białorusina, którzy w mowie końcowej wnosili o jego uniewinnienie, przywołując warunek tzw. podwójnej karalności. W ich ocenie bowiem, czyny zarzucone Żukowcowi na Białorusi przedawniły się (umowy kredytowe były zawierane w 1994 roku - PAP), a muszą być karalne w obu krajach.

Sąd zgodził się, że przedawnienie karalności na Białorusi rzeczywiście nastąpiło, ale uznał, że "nie ma to znaczenia". "Oznacza to jedynie niemożność pociągnięcia sprawcy do odpowiedzialności, natomiast czyn nie przestaje być przestępstwem" - powiedział sędzia.

Zwrócił uwagę, że może zastanawiać celowość kary więzienia bez zawieszenia po 19 latach od popełnienia przestępstwa. Ocenił jednak, że jest to celowe, biorąc pod uwagę adekwatność kary do stopnia społecznej szkodliwości czynu.

Jak mówił, kara w zawieszeniu byłaby "zupełnie niewspółmierna do stopnia społecznego niebezpieczeństwa". Uzasadniał, że został zastosowany jednak kodeks karny z 1969 roku (z późniejszymi zmianami), którego przepisy są łagodniejsze dla sprawców takich przestępstw jak zarzucone Żukowcowi.

Zwracał także uwagę, że oskarżony znalazł się w Polsce "uciekając przed białoruskim wymiarem sprawiedliwości" (poszukiwany listem gończym na Białorusi, zatrzymany został w Białymstoku w 2001 roku - PAP). Mówił, że Polska "oczywiście" udziela azylu uchodźcom i powinna to robić.

"Ale z drugiej strony, Polska nie może stać się schronieniem dla osób popełniających przestępstwa kryminalne. I osoby, które popełniają przestępstwa kryminalne, muszą wiedzieć, że wyjeżdżając do Polski, nawet jeżeli prowadziły wcześniej działalność polityczną, to za te kryminalne przestępstwa, tu, w Polsce, poniosą odpowiedzialność" - dodał sędzia Szymański.

Andriej Żukowiec powiedział dziennikarzom po wyjściu z sali rozpraw, że był przygotowany na taki wyrok i nie zgadza się ze stanowiskiem sądu. Zapewniał, że nigdy nie popełnił żadnych przestępstw.

"Uważam za skandaliczne uznanie dowodów pochodzących z Białorusi za rzetelne" - mówił Żukowiec, podkreślając, że jest to wyrok sądu pierwszej instancji, więc nieprawomocny. "Będziemy walczyć do końca. Uważam to orzeczenie za błąd popełniony przez skład orzekający" - dodał.