Sąd Rejonowy w Starachowicach rozpatrywał pozwy sześciu byłych położnych lecznicy, które poza przywróceniem do pacy na dotychczasowych zasadach domagają się wynagrodzenia za czas przebywania bez pracy. Sąd rozpatrywał także pozwy dwojga zwolnionych lekarzy, którzy wnieśli o odszkodowania w wysokości miesięcznego wynagrodzenia za zwolnienie z pracy bez wypowiedzenia.

Na początku listopada 2016 roku do szpitala w Starachowicach zgłosiła się kobieta w ósmym miesiącu ciąży, ponieważ przestała czuć ruchy dziecka; zdiagnozowano, że dziecko nie żyje. Według relacji pacjentki i jej męża, co potwierdzają też wstępne ustalenia prokuratury, gdy rozpoczęła się akcja porodowa, kobiecie nie udzielono pomocy; pozostawiona bez opieki, urodziła na podłodze jednej ze szpitalnych sal.

W związku ze sprawą dyrektor szpitala Grzegorz Fitas zdecydował o rozwiązaniu umowy z ośmioma osobami, które wtedy dyżurowały. To ordynator, lekarka rezydentka i sześć położnych – w tym oddziałowa – pracujące tego dnia na oddziale.

Na początku rozprawy pełnomocnicy położnych i lekarzy wnieśli o utajnienie procesu, ze względu na dobro osobiste swoich klientów oraz pokrzywdzonej pacjentki. Sąd oddalił wnioski.
- Podnoszono, że to wszystko, co się dzieje wokół tej sprawy, ma duży wpływ na rodzinę i zdrowie powodów. Sąd zdaje sobie sprawę, jaki wydźwięk medialny ma ta sprawa. Ale ta sprawa jest po to właśnie, by wyjaśnić jej okoliczności. Sąd stoi na stanowisku, że państwo prowadząc tę sprawę przy jej jawności, mogą wykazać swoje racje – argumentował przewodniczący składu orzekającego sędzia Jarosław Pniak.

Jako świadkowie zeznawali pokrzywdzona kobieta i jej maż, który towarzyszył jej w szpitalu podczas porodu. 34 –latka mówiła, że w nocy 31 października 2016 przestała czuć ruchy dziecka i dlatego rano, w święto 1 listopada 2016 pojechała do starachowickiego szpitala. Badania wykazały, że dziecko nie żyje. Dyżurujący lekarze uznali, że poród będzie wywoływany 2 listopada 2016, kiedy będzie pełna obsada oddziału.

Kobieta zeznała, że po podjęciu przez szpital odpowiednich działań medycznych kolejnego dnia, w krótkim czasie zaczęła odczuwać pierwsze bóle. Dyżurująca lekarka zleciła zrobienie badania, które określa częstotliwość skurczy. Jak mówiła pokrzywdzona, na podstawie wyniku lekarka oceniła, że nie jest to akcja porodowa. Po jakimś czasie, gdy bóle były silniejsze lekarka ponownie ją zbadała, nadal oceniając, że to nie poród.

Według kobiety, mąż często chodził do położnej obecnej na tej części oddziału i informował, że żona ma bóle, coraz mocniejsze. Położna miała odpowiadać, że zawiadomi lekarkę, nie może sama podejmować żadnych decyzji i trzeba czekać. Także kiedy odeszły wody płodowe, położna miała ocenić, że to nie są wody.
- Kazano czekać, nikt do mnie nie przyszedł – mówiła pokrzywdzona.

 [-OFERTA_HTML-]

 

Dopiero gdy kobieta urodziła – o czym dyżurującą zawiadomił mąż pokrzywdzonej – w sali, w której przebywała, pojawiło się kilka osób, w tym lekarka.

Po porodzie lekarka przeprosiła kobietę za całą sytuację. Następnego dnia z pokrzywdzoną rozmawiał także ordynator.
- Tłumaczył personel, mówiąc że inne są procedury przy porodzie dziecka żywego, inne martwego. Mówił, że powinna zrozumieć personel, bo "to się zdarzyło w tak krótkim czasie, że oni nie mogli tego ogarnąć" – opisywała kobieta. Dodała, że lekarz oferował pomoc psychologa, ale nie chciała z niej skorzystać.

- Uważam, że zostałam bardzo pokrzywdzona. Kto tego nie przeżył, nie wie, czym jest śmierć dziecka, a jeszcze niemożność urodzenia go w normalnych warunkach. Później złośliwe komentarze na korytarzach. Ciężko nie mieć żalu – dodała kobieta.

Zdaniem byłych pracownic, popieranych przez związek zawodowy, dyrekcja szpitala zastosowała wobec nich odpowiedzialność zbiorową - oddział położniczo-ginekologiczny zajmował dwie kondygnacje szpitala, a położne, przypisane do konkretnych odcinków pracy na oddziale, nie mogły ich opuszczać. Nie wszystkie pracownice wiedziały, co się działo w części oddziału zajmującej się patologią ciąży. Wskazywano też, że szpital w przypadku części pracownic nie uzyskał zgody na zwolnienia ze strony związków zawodowych, nie uwzględnił też ochrony pracownic będących w wieku przedemerytalnym.

Szpital wniósł o oddalenie powództwa. Wskazał, iż położnictwo i patologia ciąży stanowią części oddziału położniczo-ginekologicznego, a nie są wyodrębnionymi jednostkami. Jak dodano, "obowiązkiem zatrudnionych tam pracowników jest równoczesna, wspólna opieka nad wszystkimi pracownikami oddziału, a odpowiedzialność za pacjentkę spoczywała na wszystkich pracownikach pełniących dyżur w dniu zdarzenia".

W przyczynie zwolnienia położnych szpital podawał ciężkie naruszenie podstawowych obowiązków pracowniczych – zasad związanych z kompleksową i prawidłową opieką położniczą nad pacjentką przebywającą na oddziale, co skutkowało zagrożeniem życia i zdrowia kobiety oraz naruszeniem jej dóbr osobistych.

W przypadku lekarzy szpital zwrócił uwagę, że ordynator ponosił odpowiedzialność za poziom leczenia chorych na oddziale i jego sprawne funkcjonowanie.
- Błędem powoda był w szczególności taki dobór kadry medycznej i takie ustalenie dyżurów, że jedynym dyżurującym 2 listopada lekarzem na oddziale był rezydent – napisano w odpowiedzi na pozew.

Z kolei w przypadku lekarki-rezydentki podkreślono: "nawet gdyby musiała zajmować się innymi pacjentkami, miała obowiązek pouczyć pełniący w tym czasie dyżur personel o konieczności zapewnienia pacjentce szczególnej opieki i uwagi oraz tak zorganizować jego pracę, aby tak się stało".

Kolejną rozprawę zaplanowano na 21 lutego 2017 roku. W późniejszym czasie sprawy poszczególnych osób będą rozpatrywane na osobnych rozprawach.

Prokuratura Rejonowa w Starachowicach prowadzi postępowanie w związku z narażeniem pokrzywdzonej na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Częściowe wyniki sekcji zwłok dziecka potwierdziły, że do jego śmierci doszło przed porodem, zanim matka zgłosiła się do szpitala. Jak wyjaśniał rzecznik Prokuratury Okręgowej w Kielcach Daniel Prokopowicz, od treści opinii związanej z sekcją zwłok dziecka zależy to, czy w śledztwie konieczne będzie powołanie biegłych.

Śledczy przesłuchali już lekarzy i położone – pracowników zwolniono z tajemnicy zawodowej. Przesłuchania innych osób ze szpitalnego personelu potrwają do końca lutego 2017.

Szpital kontrolował Świętokrzyski Oddział Wojewódzki Narodowego Funduszu Zdrowia. Wykazano, że liczba lekarzy i położnych na oddziale w czasie, gdy pozostawiona bez opieki kobieta rodziła na podłodze martwe dziecko, była zgodna z przepisami.

Postępowanie wyjaśniające w sprawie porodu podjął Okręgowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej.

Kontrolę w szpitalu przeprowadził też – na polecenie ministra zdrowia – wojewódzki konsultant ds. ginekologii i położnictwa. Jak mówił w połowie listopada 2016 minister Konstanty Radziwiłł, wszystko wskazuje na to, że w szpitalu w Starachowicach nie popełniono istotnego błędu medycznego, a "zawiodły przede wszystkim sprawy dotyczące relacji" - zabrakło empatii i komunikacji między ludźmi.(pap)