- Chciałabym, by wiarygodną ocenę temu rozwiązaniu wystawili pacjenci, bo pakiet onkologiczny miał służyć jednej słusznej idei, by skrócić kolejki, szybciej rozpoznawać choroby nowotworowe, które jak wiemy dopadają niemal każdą rodzinę w Polsce – powiedziała szefowa rządu w radiu TOK FM.

Zapewniła, że oceni wdrażanie pakietu bardzo obiektywnie i jeśli będzie taka potrzeba, będzie sugerować ewentualne zmiany. Premier podała, że spotka się w środę po południu z ministrem zdrowia, ma także rozmawiać z prezesem NFZ. Wówczas, jak mówi, będzie miała wiarygodną ocenę funkcjonowania pakietu.

- Odpowiem wiarygodnie, kiedy dzisiaj do mnie przyjdzie minister zdrowia, rozłoży swoje papiery i sprawozda, jak to wygląda w każdym województwie i wtedy będę do państwa dyspozycji i uczciwie przedstawię sytuację i powiem, gdzie trzeba poprawić, gdzie trzeba dołożyć pieniędzy, gdzie trzeba zmienić wycenę punktową, lub ewentualnie co wykluczyć, a co dołożyć do pakietu, żeby on chodził tak, by osiągnąć efekt – powiedziała premier.

Odnosząc się do stwierdzenia, że pacjenci czekają w kolejkach na zabiegi i badania miesiącami czy wręcz latami, premier powiedziała, że „wszystkie działania, które podejmuje minister zdrowia, mają służyć skróceniu kolejek m.in. do specjalistów, szczególnie w chorobach takich jak choroby nowotworowe, gdzie czas jest szczególnie ważny”.

Czytaj: Pakiet onkologiczny pogorszył sytuację dużych ośrodków >>>


Pakiet onkologiczny został wprowadzony z początkiem 2015  roku, by skrócić diagnozowanie i leczenie nowotworów.

Lekarze podstawowej opieki zdrowotnej mają poszerzony katalog badań diagnostycznych, które mogą zlecić w celu szybszego wykrycia choroby nowotworowej. Lekarze POZ mają wykazywać się większą "czujnością onkologiczną" i zakładać pacjentom z podejrzeniem nowotworu karty DiLO (diagnostyki i leczenia onkologicznego), uprawniające ich do szybkiej ścieżki diagnostyki i terapii onkologicznej bez limitów.

Pakiet krytykują onkologiczne towarzystwa naukowe. Przekonują, że wprowadzone rozwiązania zwiększyły biurokratyzację, nie wpłynęły zaś na jakość diagnostyki i leczenia chorych. Postulują szybką zmianę zapisów regulujących funkcjonowanie systemu opieki onkologicznej.

Szefowa rządu była pytana w TOK FM także o to, że w aptekach brakuje niektórych leków, w związku z ich niekontrolowanym wywozem z Polski. Premier podkreśliła, że Sejm zajął się tym problemem w ubiegłym tygodniu, uchwalając nowelę prawa farmaceutycznego.

Jak wskazała, wprowadzi ona obowiązek zgłoszenia inspekcji farmaceutycznej zamiaru wywozu leku za granicę. W przypadku zagrożenia brakiem dostępności produktu leczniczego Główny Inspektor Farmaceutyczny ma mieć obowiązek zgłoszenia sprzeciwu w terminie 7 dni roboczych od dnia otrzymania zgłoszenia. Hurtownik mógłby dokonać wywozu tylko w przypadku braku sprzeciwu GIF.

Premier przypomniała, że wywóz leków bez uprzedniego zgłoszenia albo wbrew sprzeciwowi inspekcji farmaceutycznej będzie karany. Kara będzie mogła wynosić do 5 procent wartości rocznego obrotu netto. Kopacz wskazała także, że zgodnie z nowelą apteki będą zamawiać leki w hurtowni na piśmie, a nie - jak często ma to miejsce dziś - telefonicznie. Także hurtownia będzie musiała na piśmie uzasadnić odmowę sprzedaży leku aptece. Ma to pozwolić na udowodnienie tych przypadków, w których hurtownie dysponują lekiem, ale odmawiają jego sprzedaży.

Kopacz poinformowała, że nie planuje podniesienia składki zdrowotnej.
- Ci, którzy nie chcą podejmować się trudnych zadań mówią - najlepiej dosypać pieniędzy. Co roku odnotowujemy w Narodowym Funduszu Zdrowia wzrost pieniędzy na leczenie Polaków – dodała.

Szefowa rządu była także pytana, czy nie ma zastrzeżeń do Arłukowicza w związku z tym, że tolerował w swoim resorcie mobbing i czy rozważa jego dymisję.

- Nigdy nie rozważam swoich decyzji, dopóki nie mam pełnej wiedzy. Jeśli będę miała pełną wiedzę na temat poczynań dyrektora generalnego w ministerstwie lub też pakietu onkologicznego, na pewno państwa poinformuję – powiedziała.

„Fakt” napisał, że pracownicy ministerstwa zdrowia obwiniają o mobbing dyrektora generalnego oraz dwóch nominowanych przez niego zastępców. Według gazety, "urzędnicy bali się przychodzić do pracy, nie zgłaszali faktu, że dostali zwolnienia lekarskie, w pracy notorycznie spotykali się z groźbami i obelgami”.(pap)