Ekspert Instytutu Sobieskiego pytany był podczas wtorkowej debaty nt. gospodarki odpadkowej w naszym kraju o konsekwencje nowego Prawa zamówień publicznych, które ma wprowadzić tzw. procedurę in-house w odbiorze odpadów komunalnych.

Uchwalona w połowie maja tzw. mała nowela Prawa zamówień publicznych przewiduje, że podmiot zamawiający będzie mógł powierzyć określone zadania swojej "spółce-córce", gdy jej działalność w ponad 90 proc. koncentruje się na powierzanych zadaniach. Przepis ten pozwalać będzie samorządom m.in. zlecać z wolnej ręki wywóz śmieci na swoim terenie. Ustawą ma się jeszcze zająć Senat.

Styś ocenił, że obowiązująca od 2013 r. tzw. ustawa śmieciowa, nałożyła na gminy wiele obowiązków związanych z gospodarką odpadową, jednocześnie nie dając im odpowiednich narzędzi do realizowania takiej polityki.

"Zamówienia z wolnej ręki traktujemy dla spółek komunalnych jako czynność techniczną. Nie widzieliśmy w naszych analizach uzasadnienia, dlaczego transport publiczny może być zlecany z wolnej ręki, a odbiór odpadów, który jest dokładnie takim samym zadaniem gminy musi podlegać procedurze przetargowej" - powiedział przedstawiciel Instytutu.

Ocenił też, iż ustawa jest zbalansowana między oczekiwaniami samorządów a podmiotami działającymi na rynku.

Przekonywał, że przy zastosowaniu in-house w odbiorze odpadów, jednocześnie utrzymane powinny być obligatoryjne postępowania na zagospodarowanie śmieci. Podkreślił, że obecne przepisy zbyt mocno regulują ten rynek, co ogranicza prowadzenie działalności gospodarczej w tym zakresie.

Nie zgodził się z nim przedstawiciel branży Dariusz Matlak z Polskiej Izby Gospodarki Odpadami, który ocenił, że nowe przepisy Prawa zamówień publicznych uderzą w prywatne firmy. "Odbieranie odpadów powinno być domeną rynku konkurencyjnego. Nie widzę powodów żeby taką usługę oddawać pod monopol gminny" - podkreślił.

Branża odpadowa przekonuje, że upaść może nawet kilkaset małych i średnich przedsiębiorstw zatrudniających ok. 20 tys. osób.

Pobierz ebook i dowiedz się więcej 
Wytwarzanie produktów
z odpadów


Jego zdaniem, przedstawiony przez przedstawiciela Instytutu przykład transportu publicznego, jest o tyle nietrafiony, ponieważ samorządy dopłacają do niego. Podał przykład Warszawy, gdzie rocznie samorząd dopłaca do transportu 2,5 mld zł. Wskazał też, że w kraju kupowane przez pasażerów bilety komunikacji miejskiej pokrywają ok. 1/3 kosztów transportu.

"Dlaczego liberalizacja tego rynku się zakończyła - bo w spółkach miejskich pojawiły się niepokoje" - zaznaczył Matlak. Ocenił, że podobnie jest w przypadku rynku odpadów komunalnych.

Według danych ministerstwa (ankieta przeprowadzona w kwietniu br., na którą odpowiedziało 2176 gmin, co stanowi ponad 87 proc. gmin w Polsce): w 1309 gminach (60 proc.) odpady komunalne po przetargu odbiera podmiot prywatny; w 313 gminach (14 proc.) śmieci po przetargu odbiera spółka gminna; w 201 gminach (9 proc.) odpady komunalne po przetargu odbiera konsorcjum podmiotów prywatnych; w 80 samorządach (4 proc.) odpady odbiera konsorcjum podmiotu prywatnego i spółki gminnej, a w 273 gminach (13 proc.) śmieci są odbierane przez inne podmioty.

MŚ przekonuje, że obecny system obsługiwany przez firmy prywatne jest droższy. Jako przykład podaje m.in. opłatę za odpady zbierane selektywnie. W przypadku firm prywatnych miała wynosić średnio 8 zł na osobę, z kolei w przypadku spółki gminnej - 7,05 zł/osobę.

Resort dodał też, że lepszy efekt ekologiczny uzyskiwały gminy obsługiwane przez spółki samorządowe (33,96 proc.) lub konsorcja podmiotu prywatnego ze spółką gminną (33,78 proc.), niż podmioty prywatne (30,85 proc.). (PAP)