W swej książce pt. "On Immunity. An Inoculation", którą dziennik "New York Times" zaliczył do 10 najlepszych książek 2014 roku, Eula Biss opisuje historię ruchów antyszczepionkowych w USA. Sama uważa, że dzieci powinny otrzymywać pełne tzw. kalendarzowe szczepienia. Przyznaje, że gdy zaszła w ciążę, to miała w tej sprawie różne wątpliwości, dlatego zaczęła tę sprawę badać i tak zrodził się pomysł na książkę.

Biss wspomina, że polecony jej przez kilka przyjaciółek pediatra na pytanie, czemu służy szczepionka WZW B - przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B - odpowiedział, że jest przeznaczona dla ludzi z niebezpiecznych części miasta, by "chronić dzieci narkomanów i prostytutek".

Czytaj: Kalendarz szczepień na rok 2015: szczepienia obowiązkowe i zalecane ze zmianami >>>

- Zapewnił mnie, że ludzie tacy jak ja nie powinni się tym przejmować - wspomina w książce. Tacy jak ona, czyli przedstawiciele białej klasy średniej, mieszkający na bogatych przedmieściach, z dala od biedoty. Pediatra nie wspomniał za to, że wirus WZW B przenoszony jest nie tylko drogą płciową, ale też przez płyny ustrojowe, a noworodki najczęściej zarażają się nim bezpośrednio od matki.

Według amerykańskiego Centrum Kontroli i Prewencji Chorób (CDC) odsetek nieszczepionych dzieci w USA wynosi około 10 procent, czyli jest niższy niż w niektórych rozwiniętych krajach Europy Zachodniej. Analiza danych CDC, jaką przeprowadziła Biss, potwierdza, że bardziej prawdopodobne jest, iż nieszczepione są dzieci białe, których matki są zamężne, w dojrzalszym wieku i z wyższym wykształceniem oraz mieszkające w gospodarstwach domowych o dochodach przekraczających średnią krajową.

Z kolei dzieci, które przeszły część szczepień, ale nie wszystkie zarekomendowane, częściej są czarnoskóre i wychowywane przez młode, niezamężne i niezamożne matki, które musiały się przeprowadzać. W ich przypadku brak szczepienia nie wynika z wyboru, ale okoliczności życiowych - zauważyła Biss. A to oznacza, że może się zdarzyć, iż to grupa uprzywilejowana rozniesie wirusa wśród tych, którzy ze szczepień musieli zrezygnować.

Zdaniem Biss nieszczepienie dzieci w tej pierwszej grupie ma związek z dość powszechnym w USA przekonaniem, że publiczna służba zdrowia nie jest przeznaczona dla tzw. grup uprzywilejowanych, lecz dla tych biedniejszych, gorzej wykształconych, mających gorsze nawyki żywieniowe i pozbawionych dostępu do wysokiej jakości opieki zdrowotnej.

- To jest częścią szerszego myślenia w USA. My, Amerykanie, lubimy myśleć, że jesteśmy wyjątkowi i wolno nam myśleć inaczej niż reszta, która nie ma dostępu do tego, co my. Takie myślenie usprawiedliwiamy tym, że przecież ciężko pracujemy i zasługujemy na to, bo jesteśmy inteligentniejsi i w jakiś sposób lepsi - powiedziała. - Ludzie uprzywilejowani myślą więc, że są wyjątkowi i mogą podjąć ryzyko, rezygnując ze szczepień, bo dzięki lepszemu odżywianiu i lepszym warunkom życia ich dzieci są bardziej odporne niż pozostałe - dodała.

Do tego dochodzi dezinformacja, szerzona przez ruchy antyszczepionkowe. Twierdzą one, że szczepionki są niebezpieczne, wywołują alergie, osłabiają naturalną odporność dziecka i grożą poważnymi powikłaniami. Choć żadne wiarygodne badania naukowe nie potwierdziły szkodliwego wpływu szczepionek na zdrowie dzieci, to teorie takie jak ta, że szczepionka przeciwko odrze może doprowadzić do autyzmu, wciąż jest rozpowszechniana i znajduje posłuch. A tam, gdzie ścierają się informacja i dezinformacja, "zazwyczaj kończy się na dezinformacji" - powiedział Biss.

Zdaniem pisarki gdyby w USA wynaleziono szczepionkę na HIV, to opisane w jej książce osoby z grupy uprzywilejowanej też najpewniej by z niej nie skorzystały.
- Statystyki dotyczące szczepionek przeciwko innym chorobom przenoszonym drogą płciową, jak WZW B czy HPV (wirus brodawczaka ludzkiego), wskazują, że ludzie są wobec nich podejrzliwi, bo uważają, że tego typu choroby trafiają się osobom, które się źle prowadzą, więc oni mogą ich uniknąć. A HIV można się przecież zarazić także w inny sposób - powiedziała.

Zdaniem Biss niechęć do szczepionek wynika też ze sceptycznego nastawienia Amerykanów do medycyny prewencyjnej oraz braku zaufania do państwa.
- Większość medycyny prewencyjnej to odpowiedzialność rodziców. To my kontrolujemy dietę dzieci, wysyłamy je na ćwiczenia, na spacery, mierzymy temperaturę. Amerykańska służba zdrowia niewiele robi w tym zakresie. Szczepionki są tu rzadkim wyjątkiem, dlatego rodzice mogą być podejrzliwi, gdy państwo się angażuje; mają wrażenie, że państwo chce przejąć ich rolę - powiedziała Biss.

W USA nie ma federalnego obowiązku szczepienia dzieci, ale we wszystkich stanach istnieje wymóg wykazania przy zapisywaniu dziecka do szkoły, że było one szczepione przeciw pewnym chorobom. Niemniej aż w 20 stanach, w tym w Kalifornii, można uzyskać zwolnienie z tego obowiązku, na przykład ze względów religijnych lub dzięki zaświadczeniu od lekarza. To właśnie w kalifornijskim parku rozrywki Disneyland rozpoczęła się nowa fala zachorowań na odrę, w wyniku której wirusem od stycznia zaraziło się już ponad 100 osób. Wywołało to debatę w USA, czy rodzice powinni mieć wybór w kwestii szczepienia swoich dzieci.



 

Zdaniem Biss USA powinny rozważyć wprowadzenie kar finansowych za brak kalendarzowych szczepień u dzieci.
- W USA grzywna za niezapięcie pasów bezpieczeństwa w samochodzie może być bardzo wysoka, ale kar za nieszczepienie nie ma. Tymczasem jak nie zapniesz pasów, nikt inny nie zginie, a przez brak szczepienia stanowisz zagrożenie dla innych - powiedziała. Przyznała jednak, że wprowadzenie obowiązkowych szczepień może wywołać w USA skutek odwrotny do zamierzonego i jeszcze bardziej umocnić ruchy antyszczepionkowe. (pap)