Rocznicowe uroczystości rozpoczęła msza święta w kościele we wsi Goleniowy. Później uczestnicy obchodów złożyli wieńce i kwiaty oraz zapalili znicze przy tablicy w Chałupkach, upamiętniającej ofiary katastrofy. W wyniku czołowego zderzenia dwóch pociągów zginęło wówczas 16 osób, a ponad 150 odniosło obrażenia.

W apelu pamięci uczestniczyli m.in. członkowie rodzin ofiar, przedstawiciele władz i służb ratowniczych, kolejarze oraz mieszkańcy Chałupek; wielu z nich brało udział w akcji bezpośrednio po wypadku. Po uroczystości przy tablicy, zgromadzeni przeszli w pobliże torów kolejowych, w miejsce katastrofy. Wielu bliskich ofiar odwiedziło także Chałupki już w piątek, kiedy przypadła piąta rocznica wypadku.

Wśród uczestników niedzielnego rocznicowego spotkania był burmistrz Szczekocin Krzysztof Dobrzyniewicz; jego zdaniem pamięć o katastrofie i jej ofiarach to obowiązek – nie tylko lokalnej społeczności. Jak mówił, w obchodach biorą udział delegacje z różnych części kraju, dając dowód trwającej pamięci. Choć od tragedii minęło pięć lat, nadal – według burmistrza – wspomnienie tamtych wydarzeń powoduje, że „serce jest niespokojne”.

Do wypadku doszło 3 marca 2012 r. we wsi Chałupki k. Szczekocin, na zjeździe z Centralnej Magistrali Kolejowej w kierunku Krakowa. Zderzyły się pociągi TLK "Brzechwa" z Przemyśla do Warszawy i Interregio "Jan Matejko" relacji Warszawa-Kraków. Pociąg jadący ze stolicy wjechał na tor, po którym z naprzeciwka jechał pociąg Przemyśl-Warszawa. Straty materialne po katastrofie oszacowano na 19 mln zł. W akcji ratunkowej brało udział kilkuset strażaków, policjantów i przedstawicieli innych służb.

Według prokuratury, do katastrofy przyczyniły się błędy dwojga dyżurnych ruchu, którym zarzucono nieumyślne sprowadzenie katastrofy kolejowej oraz poświadczenie nieprawdy w dokumentacji kolejowej - co do czasu zamknięcia torów po zderzeniu pociągów.

W lipcu ubiegłego roku częstochowski sąd skazał dyżurnych ruchu z posterunków kolejowych Starzyny i Sprowa na 4 i 2,5 roku więzienia. Prokuratura uznała te kary za zbyt łagodne i w lutym tego roku wniosła apelację od wyroku, która czeka na rozpatrzenie. Przed sądem pierwszej instancji prokuratura żądała dla oskarżonych 8 i 7 lat więzienia. Obrona domagała się uniewinnienia.

Prokuratura uznała, że wymierzone przez sąd kary są zbyt łagodne, ponieważ nie uwzględniają wysokiej szkodliwości społecznej zarzucanych oskarżonym czynów oraz nie realizują potrzeb w zakresie kształtowania świadomości prawnej społeczeństwa. Zdaniem prokuratora, sąd, wymierzając kary, niedostatecznie wziął pod uwagę rozmiar ujemnych następstw przestępstwa, a także fakt, że katastrofa kolejowa pod Szczekocinami była jednym z najtragiczniejszych tego typu zdarzeń w historii Polski.

Jednocześnie w apelacji prokuratury wskazano, że oskarżeni dyżurni ruchu dopuścili się poważnych i oczywistych zaniedbań obowiązków służbowych w zakresie bezpieczeństwa ruchu kolejowego.

Częstochowski sąd uznał, że na tragedię złożyła się seria ludzkich błędów. Zgodnie ze zmodyfikowanym przez sąd I instancji opisem czynów Andrzeja N., dróżnik, mając informację o braku kontroli położenia zwrotnic, w nienależyty sposób sprawdził rozjazdy i nie zabezpieczył ich, potem dał zezwolenie na jazdę i skierował pociąg Warszawa-Kraków na niewłaściwy tor przeznaczony dla ruchu innego pociągu, a następnie zaniechał obserwacji przejazdu tego pociągu i jego sygnałów końcowych, a także obserwacji wskazań swego pulpitu. W rezultacie N. - według sądu - do końca był przekonany, że wyprawił pociąg po właściwym torze i w ten sposób wprowadzał też w błąd dyżurną Jolantę S.

Jolancie S. sąd przypisał działanie i zaniechanie związane z podaniem zastępczego sygnału zezwalającego dla pociągu Przemyśl-Warszawa, bez wyjaśnienia przyczyn zajętości toru nr 1 i przy braku reakcji na niepojawienie się zajętości toru nr 2, a także niewykorzystanie funkcji "alarm" w systemie radiowym i brak innych działań - wobec podjętych wątpliwości, co do prawidłowości wyprawienia pociągu.

Sąd wskazywał też m.in. na rolę drużyn trakcyjnych obu pociągów, które tuż przed katastrofą kontynuowały jazdę, mimo sygnałów do tego nieuprawniających. Maszyniści nie obserwowali też we właściwy sposób toru przed sobą; inaczej - co m.in. udowodnił przeprowadzony po katastrofie eksperyment procesowy - szybciej zauważyliby, że oba składy zmierzają do zderzenia. Postępowanie w tym zakresie zostało umorzone - załogi zginęły. (PAP)