"Współpraca PiS z SLD jest jak najbardziej logiczna, bo PiS nie ma zdolności koalicyjnej, a SLD nie ma już poparcia, bo twardy postPRL-owski elektorat wymiera" - mówi Wojciech Jabłoński, specjalista od marketingu politycznego z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jego zdaniem powstanie w przyszłości koalicji rządowej PiS-SLD nie będzie więc zaskoczeniem. "Nie takie rzeczy robił Jarosław Kaczyński, była koalicja z Samoobroną i LPR, dlaczego nie miałoby być koalicji z SLD" - zaznacza.

Jabłoński uważa, że to mogłaby być dla obu liderów jedyna szansa na sprawowanie władzy. "Mimo, że PiS odniósł spory sukces w wyborach samorządowych, PO i PSL blokują go w sejmikach, a to daje do myślenia Jarosławowi Kaczyńskiemu i zbliża PiS do SLD" - przekonuje.

Z kolei naturalna bariera przeciw takiej koalicji - kwestie historyczne - w ostatnich latach znacznie osłabły - uważa rozmówca PAP. "Zaszłości historyczne nie mają nic do rzeczy, jest duży dystans czasowy, po drugie wychowały się nowe pokolenia wyborców, które w ogóle już tzw. komuny nie pamiętają, więc zapewne przebaczyliby oni Jarosławowi Kaczyńskiemu taką koalicję" - mówi Jabłoński. "Z kolei SLD ma deficyt ludzi z młodego pokolenia, więc próba zbliżenia się do PiS byłaby z tego punktu widzenia logiczna" - dodaje.

W koalicję PiS z SLD nie wierzy historyk i politolog z UKSW Antoni Dudek. Jego zdaniem dołączenie się Leszka Millera do protestów wyborczych PiS wynika przede wszystkim z tego, że kierowany przez niego Sojusz uzyskał w wyborach samorządowych fatalny rezultat i "usiłuje się ratować".

Zresztą, wskazuje politolog, Miller jest atakowany w swoim ugrupowaniu za to, że wystąpił wspólnie z PiS i już zaczyna się wycofywać. "Natomiast Jarosław Kaczyński skorzystał z błędu Millera i akcji przeciw wyborom nie podjął sam" - mówi Dudek. "Ale koalicja między tym ugrupowaniami jest bardzo mało prawdopodobna, ciężar przeszłości jest zbyt duży, i tej dawnej PRL-owskiej, i niedawnej, z okresu IV RP" - dodaje.

Tym niemniej, przyznaje politolog, obie formacje kierują się pewnymi rachubami politycznymi. PiS chce zgromadzić większy elektorat dla swoich kandydatów na prezydentów miast - dzięki porozumieniu Kaczyńskiego z Millerem część elektoratu SLD może np. w Warszawie poprzeć Jacka Sasina. Miller z kolei może chcieć podbić swoją cenę przed tworzeniem koalicji rządowej po wyborach parlamentarnych w 2015 roku, gdy np. PO i PSL nie będą miały wystarczającej większości i będą potrzebować trzeciego koalicjanta. Miller chce pokazać, że wtedy może także utworzyć rząd z PiS, więc PO z PSL będą musiały mu za wejście do koalicji odpowiednio więcej zapłacić. "Ale w końcu zapewne wybierze sojusz z PO i PSL" - mówi Dudek.

Niezależnie od wszystkiego, zaznacza politolog, zarówno Kaczyński jak i Miller mogą "po ludzku uważać, że wybory są nierzetelne". "Bo rzeczywiście można mieć wątpliwości do ich rzetelności, skoro jest tyle głosów nieważnych" - zaznacza Dudek.

Spośród rozmówców PAP jedynie politolog z Uniwersytetu Warszawskiego Wawrzyniec Konarski uważa, że z porozumienia między PiS a SLD korzyść odniesie przede wszystkim to pierwsze ugrupowanie. "Połączenie z Kaczyńskim jest zupełnie nietrafionym pomysłem Millera, wynika z braku pomysłu na zarządzanie partią i niczego lewicy nie da. Beneficjentem tej sytuacji może okazać się Kaczyński, bo może zgromadzić głosy, które pomogą mu w zdobyciu władzy" - zaznacza Konarski.

Zdaniem Konarskiego dla SLD "jedyną szansą jest dokonanie resetu, i pod kątem przywództwa, i pod kątem wartości". "Na razie można powiedzieć, że Miller fatalnie kończy" - mówi, nawiązując do znanego bon motu lidera SLD.

Wspólne wystąpienie Millera i Kaczyńskiego z postulatem, by wybory powtórzyć, to pokłosie awarii systemu informatycznego PKW, co poskutkowało ogłoszeniem wyników wyborów tydzień po nich. Wątpliwości wzbudza też wzrastająca liczba głosów nieważnych w wyborach do sejmików - w 2010 roku było to ok. 12 proc.; w tym roku ok 18 proc. (PAP)