Proces rozpoczął się w poniedziałek i tego dnia się zakończył. Sąd przesłuchał jednego świadka, przedstawicielkę służb skarbowych, która uczestniczyła w kontroli przeprowadzonej w sklepie przed rokiem, po czym strony wygłosiły mowy.

Białostocka prokuratura postawiła 22-letniemu oskarżonemu zarzuty z ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Oskarżyła go, że "w celu osiągnięcia korzyści majątkowych" udzielił innym osobom niedozwolonych środków odurzających. Grozi za to nawet do 10 lat więzienia.

Prokuratura zarzuciła mu, że w sklepie z dopalaczami, który prowadził, od maja do grudnia 2009 roku sprzedawał produkty zawierające zakazane prawem substancje. Mężczyzna do zarzutów nie przyznał się. Na piśmie miał przygotowane oświadczenie, z którego wynikało, iż nie miał "najmniejszych podejrzeń i powodów do podejrzewania", że produkty, które sprzedaje, zawierają substancje zakazane.

Powoływał się na pisemne oświadczenia dostawcy i ekspertyzy, które tamten mu przedstawiał, mające świadczyć o legalności produktów. Oskarżony mówił, że we własnym zakresie nie mógł takich ekspertyz zlecić, bo kosztują ok. 4 tys. zł za jedną próbkę.

Przyznał, że na produktach nie było opisów z ich dokładnym składem i dodał, że w związku z tym śledztwem zrezygnował z działalności. "Jeśli bym wiedział, że mogę być posądzony o sprzedaż niedozwolonych substancji, to bym się jej nie podejmował, bo nie zgadzam się na uczestnictwo w czymś takim" - oświadczył.

Oskarżony twierdzi, że w 2008 roku z internetu dowiedział się o możliwości prowadzenia sklepu z dopalaczami i tą drogą skontaktował się z firmą, z którą potem podpisał umowę. Asortyment dostawał pocztą kurierską, faktury listownie.

Policja zainteresowała się sklepem w czasie, gdy trwała tam kontrola skarbowa dotycząca rozliczania się z podatku VAT. Jak mówiła w poniedziałek przed sądem przedstawicielka służb skarbowych, z dokumentów sklepu wynikało, że w okresie styczeń-sierpień 2008 roku przychody z jego działalności miesięczne wahały się od kilkudziesięciu do 130 tys. zł.

Mówiła, że w sklepie były dwa główne rodzaje asortymentu: "Zioło i piguły, czyli mieszanki suszonych liści i tabletki" - zeznała, powołując się na słowa policjanta kontrolującego sklep. Jak oceniła, opakowanie 2-3 tabletek kosztowało 20-80 zł, susz - 15-40 zł za paczkę.

Prokurator zażądała dla oskarżonego 2 lat więzienia, a także m.in. 5-letniego zakazu prowadzenia działalności gospodarczej polegającej na handlu dopalaczami. Obrońca chce uniewinnienia. W mowie końcowej uzasadniał, że oskarżony prowadził działalność "legalną i dozwoloną" i nie miał świadomości, że sprzedaje nielegalne substancje.

Argumentował też, że jego klient nie miał obowiązku robienia na własną rękę ekspertyz sprzedawanych substancji. Mówił też, że nie można go karać za to, że nie dokonał czynności, które "prawnie na nim nie spoczywały". (PAP)