W czwartek i piątek w Brukseli unijni przywódcy mają uzgodnić nowy cel redukcji emisji gazów cieplarnianych po 2020 roku. Projekt porozumienia na to spotkanie zakłada 40-procentowy cel zmniejszenia emisji CO2 do 2030 roku w stosunku do emisji z 1990 roku. Władze Polski starają się o zapisy, dzięki którym te założenia nie przełożyłyby się na wzrost cen prądu w kraju.

"Dziś powiedziałem ministrom państw członkowskim, że generalnie rzecz biorąc chcemy znaleźć porozumienie, ale nie za wszelką cenę. Jeżeli nie zobaczymy naszych postulatów w dokumentach, to wtedy rzeczywiście będę pani premier (Ewie Kopacz) raportował, że w tej chwili nie widać światła w tunelu" - powiedział polskim dziennikarzom Trzaskowski.

Po rozmowach w Luksemburgu minister pojechał do Brukseli, gdzie będzie miał dalsze spotkania. Według niego polskie stanowisko na szczyt zależy od tego, czy rozmowy przełożą się na projekt porozumienia, który przygotowuje sekretariat Rady Europejskiej.

Z datowanego na 16 października i poprawionego po wstępnych konsultacjach projektu wniosków na szczyt, który widziała PAP, wynika, że państwa biedniejsze będą mogły liczyć na mechanizm solidarnościowy łagodzący dla nich wpływ ambitnego podejścia do redukcji emisji całej UE.

Mechanizm ten ma się składać głównie z dwóch elementów. Pierwszy z nich to rozdystrybuowanie 10 proc. pozwoleń na emisje pomiędzy państwa członkowskie, których PKB na głowę nie przekracza 90 proc. średniej UE. Poza tzw. nowymi państwami UE, do tej puli zaliczają się jednak jeszcze Grecy, Hiszpanie i Portugalczycy. Oznacza to, że każdy z tych krajów dostanie dodatkową liczbę emisji, co ma zapobiegać wzrostowi ich cen. Jednak im więcej państw do podziału, tym mniej dostanie każde z nich.

Dlatego aby pomóc najbiedniejszym w UE, zaprojektowano również drugi mechanizm. Przewiduje on utworzenie rezerwy wynoszącej 1-2 proc. (decyzja jeszcze nie zapadła) pozwoleń na emisję, z których korzystałyby państwa z PKB na głowę poniżej 60 proc. średniej UE. Dzięki metodologii, która ma być zastosowana do liczenia PKB, z tego instrumentu mogłaby też skorzystać Polska.

Suma pozwoleń, jaka przypada dla danego kraju jest bardzo ważna, gdyż, aby osiągnąć główny cel, jakim jest 40-procentowa redukcja emisja gazów cieplarnianych w 2030 roku, UE chce zmniejszyć ich liczbę na rynku. To z kolei ma podnieść ich cenę i spowodować, że będzie się opłacało inwestować w energię odnawialną.

Jedna z batalii, którą toczy Polska, dotyczy właśnie wielkości rezerwy pozwoleń. Według unijnych dyplomatów różnica w korzyściach dla naszego kraju pomiędzy 1 a 2 proc. idzie w miliony euro rocznie. Według Trzaskowskiego w tej chwili na stole jest propozycja, by rezerwa wynosiła 1 proc., ale nawet ona nie ma poparcia wszystkich.

"Pracujemy nad takim funduszem kompensacyjnym, ale oczywiście diabeł tkwi w szczegółach - jak będzie wyglądał ten fundusz, na jakich zasadach będą rozdawane te emisje i dopiero wtedy będziemy widzieli, czy rzeczywiście będziemy w stanie jasno powiedzieć - nie ma tych dodatkowych obciążeń i wtedy pani premier będzie się mogła zgodzić na to porozumienie" - podkreślił Trzaskowski.

Poza otrzymaniem jak największej liczby pozwoleń na emisje, Polska walczy też o to, by mogła część z nich rozdawać za darmo sektorowi elektro-energetycznemu. Jeśli elektrownie musiałyby kupić pozwolenia, ich koszty wzrosłyby znacznie, co z kolei przełożyłoby się na wzrost cen dla konsumentów końcowych. System darmowych pozwoleń kończy się w 2019 roku i - jak relacjonował Trzaskowski - wiele krajów członkowskich jest przeciwnych temu, by go przedłużać.

W projekcie wniosków zapisano, że system darmowych pozwoleń na emisje nie zniknie. Jego celem jest jednak zapobieganie przenoszeniu się energochłonnych sektorów gospodarki poza UE, np. potrzebujących dużej liczby pozwoleń na emisje zakładów chemicznych, a nie wspomaganie elektrowni.

Dyplomaci nie chcą mówić, jaki zapis w tej sprawie byłby satysfakcjonujący dla Polski, ale wskazują, że bez możliwości przekazywania darmowych pozwoleń dla energetyki byłoby bardzo trudno powstrzymać wzrost cen prądu w Polsce.

Trzaskowski podkreślał, że nasz ewentualny sprzeciw na szczycie nie spowoduje, iż problem się rozwiąże. "Nie ma czegoś takiego jak weto absolutne, które oznacza, że temat zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. On wróci na kolejnych radach, a jak nie, to zacznie się proces legislacyjny, który będzie trudno powstrzymać. To nie jest tak, że będzie łatwiej w kolejnych miesiącach" - oświadczył.

(PAP)