Obrona, która wniosła apelację od skazującego wyroku sądu rejonowego z czerwca ub.r., jako główny argument za uniewinnieniem mężczyzny przytaczała fakt, że zburzony budynek do dnia rozprawy nie został wpisany do rejestru zabytków.

"Wpis do rejestru zabytków ma charakter administracyjny, ale nie przesądzający o tym, czy obiekt podlega ochronie, czy nie. Za zabytek nie uważa się takiego wytworu działalności człowieka, który jest wpisany do rejestru zabytków, ale taki, który stanowi świadectwo minionej epoki bądź zdarzenia, którego zachowanie leży w interesie społecznym ze względu na posiadaną wartość historyczną, artystyczną bądź naukową. Zatem same właściwości przedmiotu stanowią o tym, czy jest zabytkiem i podlega ochronie" - podkreślił uzasadniając wyrok sędzia Zbigniew Mierzejewski.

Jak zaznaczył sąd, z pism kierowanych przez oskarżonego w toku postępowania administracyjnego wynika, że kierował się on przede w wszystkim własnym interesem gospodarczym i na żadnym etapie nie był zainteresowany podjęciem współpracy z Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków. "Posuwał się nawet do tego, że w pismach do WKZ używał obraźliwych sformułowań" - dodał sędzia.

Zajezdnia z zespołem hal postojowych u zbiegu ulic Dąbrowskiego i Kilińskiego powstała w 1928 r. Została wpisana do gminnej ewidencji zabytków. Kilka lat temu teren został sprzedany prywatnemu inwestorowi; w styczniu 2011 r. obiekt zamknięto, a tramwaje przeniesiono do innych zajezdni w mieście.

Kilka miesięcy później Wojewódzki Konserwator Zabytków nakazał wstrzymanie prac rozbiórkowych na terenie zajezdni, ponieważ prowadzono je bez jego zgody. We wrześniu 2012 r. właściciel terenu rozebrał jednak budynki. W związku z tym WKZ złożył na policję zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.

Po wyburzeniu budynków Roman B. przesłał do mediów oświadczenie, w którym podkreślił, że "ruiny te służyły tylko podejrzanym elementom zbieraczy złomu, którzy systematycznie rozbierali stalowe konstrukcje". Zaznaczył, że teren jest prywatny, a decyzja o wpisaniu budynku do rejestru zabytków została uchylona prawomocnym wyrokiem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie.

Do tego argumentu przychylił się wcześniej Sąd Rejonowy dla Łodzi Widzewa, który początkowo umorzył postępowanie przeciw Romanowi B. "wobec braku znamion czynu zabronionego".

Od tego postanowienia odwołała się prokuratura, która domagała się przeprowadzenia procesu. Zdaniem śledczych zebrane dowody wskazywały, że oskarżony wiedział, że niszczy zabytek.

W czerwcu ub.r. sąd rejonowy uznał, że oskarżony jest winny zniszczenia zabytku. Zdaniem sądu procedura administracyjna dotycząca wpisania hali postojowej do rejestru zabytków nie zakończyła się prawomocnie, a oskarżony miał świadomość, że postępowanie będzie się dalej toczyło. Stanowisko to podtrzymał sąd odwoławczy.

Swoją ocenę zachowania oskarżonego sędzia Mierzejewski oparł na dokumentach zawartych w aktach postępowania administracyjnego. Przypomniał, że już po wydaniu wyroku przez WSA uchylającego decyzję o wpisaniu obiektu do rejestru zabytków do Romana B. skierowane zostało pismo z decyzją wojewódzkiego konserwatora zabytków nakazującą przeprowadzenie prac zabezpieczających, mających na celu zachowanie substancji budynku zajezdni, w którym wcześniej doszło do pożaru.

Zdaniem sądu nie ulega wątpliwości, że od momentu wydania wyroku przez WSA Roman B. miał świadomość, że postępowanie administracyjne w zakresie wpisania zajezdni do rejestru zabytków nie zostało zakończone.

W przypadku wyroku skazującego za umyślne zniszczenie zabytku sąd ma prawny obowiązek orzeczenia nawiązki na cel społeczny związany z opieką nad zabytkami - w przypadku Romana B. ma ona wynieść 20 tys. zł. Mężczyzna ma też pokryć koszty postępowania odwoławczego.

Wyrok jest prawomocny i nie przysługuje od niego możliwość odwołania; skazany może wystąpić o kasację do Sądu Najwyższego. (PAP)