"Rząd federalny nie ma jasnej strategii (...) ani ogólnego planu" - powiedziała socjaldemokratyczna premier landu Nadrenia Północna-Westfalia Hannelore Kraft w opublikowanym w poniedziałek wywiadzie dla dziennika "Frankfurter Allgemeine Zeitung".

Zdaniem Kraft osiągnięcie przyjętych w zeszłym roku celów w polityce energetycznej Niemiec będzie bardzo trudne. "Nie ma systemu monitoringu, nie możemy zatem dowiedzieć się, czy jesteśmy już w korytarzu, prowadzącym tam, gdzie chcemy być w 2020 roku. Już teraz jesteśmy spóźnieni" - dodała polityk SPD.


Po wywołanej przez trzęsienie ziemi i tsunami ubiegłorocznej katastrofie nuklearnej w japońskiej elektrowni atomowej Fukushima rząd Niemiec dokonał zwrotu o 180 stopni w swej polityce energetycznej. Przy poparciu opozycji i większości społeczeństwa chadecko-liberalna koalicja wycofała się z uzgodnionych pół roku wcześniej planów wydłużenia okresu eksploatacji 17 elektrowni atomowych o średnio 12 lat i postanowiła natychmiast wyłączyć najstarsze reaktory sprzed 1980 roku, a pozostałe wygaszać stopniowo do 2022 roku.

Jednocześnie szybciej rozwijać ma się energetyka, oparta na źródłach odnawialnych; założono, że do 2020 roku energia elektryczna pozyskiwana ze źródeł odnawialnych ma stanowić 35 proc. zużycia prądu. Rząd zapowiedział m.in. zwiększenie wsparcia dla nowych parków wiatrowych i energooszczędnych remontów budynków. Do 2020 miałoby też powstać 4450 kilometrów nowych tras przesyłowych energii elektrycznej.

"Przyspieszenie procesu odchodzenia od energii atomowej było słuszną decyzją w obliczu tego, co wydarzyło się w Fukushimie" - oświadczyła w miniony weekend Merkel w cotygodniowym wystąpieniu wideo. Jej zdaniem największym wyzwaniem i priorytetem na nadchodzące lata będzie rozbudowa sieci energetycznych, aby południowe regiony Niemiec mogły korzystać z energii elektrycznej, wytwarzanej przez parki wiatrowe na północy. Do czerwca rząd w Berlinie chce przedstawić plan rozbudowy tras przesyłowych.

Jednak zdaniem opozycji niemiecka "rewolucja energetyczna" przebiega zbyt opieszale, na czym ucierpieć może gospodarka kraju. "Wydaje się, że po decyzji o rezygnacji z atomu koalicja pani Merkel przestała pracować" - powiedział szef Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD) Sigmar Gabriel w jednym z wywiadów, opublikowanych w miniony weekend. Ostrzegł, że ewentualne niepowodzenie przyjętej polityki energetycznej może mieć fatalne skutki społeczne i gospodarcze.

Także zdaniem Zielonych rząd Merkel nie wdrożył przyjętych w zeszłym roku zamierzeń. "Zamiast ogłoszonej przez koalicję rewolucji, możemy mieć do czynienia z kontrrewolucją w polityce energetycznej" - oświadczyli Zieloni.
Podobną ocenę wystawiła rządowi organizacja ekologiczna BUND. Federalny Związek na rzecz Energii Odnawialnej (BEE) zarzucił zaś rządowi w Berlinie wręcz blokowanie przebudowy systemu zaopatrzenia w energię w kluczowych punktach; skrytykowano szczególnie niedawną decyzję o obniżeniu o 30 proc. subwencji na instalacje paneli fotowoltaicznych.
Niemiecki minister środowiska Norbert Roettgen odpiera krytykę. Według niego w zeszłym roku udział energii ze źródeł odnawialnych w zużyciu prądu wzrósł o 14 proc. "A zatem 20 proc. niemieckiej produkcji energii elektrycznej pochodzi ze źródeł odnawialnych" - powiedział minister w wywiadzie dla radia Deutschlandfunk. "Krok po kroku idziemy do przodu" - zapewnił.
Z Berlina Anna Widzyk (PAP)