Nieprawomocny wyrok zapadł po trwającym ponad trzy lata procesie. Poza M. sąd uznał za winnych także jego byłych współpracowników. Informację o terminie rozpoznania apelacji przekazał w poniedziałek PAP rzecznik Sądu Okręgowego w Katowicach sędzia Jacek Krawczyk.

Wyrok z I instancji zaskarżyła tylko obrona. „Choć po ogłoszeniu wyroku rozważaliśmy apelację, po zapoznaniu się z pisemnym uzasadnieniem uznaliśmy, że nie będziemy się odwoływać od tego orzeczenia” - powiedziała PAP prok. Karina Kamińska-Synowiec z Prokuratury Rejonowej w Bytomiu, która oskarżała M.

Eugeniusz M. został przez sąd rejonowy uznany za winnego popełnienia czterech z sześciu zarzucanych mu aktem oskarżenia czynów, w tym wszystkich korupcyjnych. Poza karą pozbawienia wolności - bez zawieszenia - sąd orzekł też wobec niego przepadek 100 tys. zł pochodzących z przestępstwa oraz zakazał mu sprawowania funkcji w samorządzie i administracji państwowej na pięć lat.

Proces ruszył w grudniu 2011 r. Razem z M., wybranym na prezydenta w 2002 r., na ławie oskarżonych zasiadły cztery inne osoby, w tym jego matka i współpracownicy z magistratu. Nie przyznawali się do winy. B. prezydent na początku procesu przekonywał, że zarzuty były oparte na pomówieniach. Określił je jako absurdalne i bulwersujące.

W procesie odpowiadał m.in. b. wiceprezydent Świętochłowic Czesław Ch., który został oskarżony o to, że od dwóch pracownic magistratu żądał jednej trzeciej pieniędzy, jakie zarobiły za prace wykonane na podstawie zlecenia wojewody śląskiego. Sąd I instancji skazał go na rok więzienia w zawieszeniu i grzywnę. Na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu mikołowski sąd skazał Jolantę S.-K., która była sekretarzem miasta za rządów M. Jej także wymierzył karę grzywny.

Kolejnym oskarżonym był Jerzy L., b. członek zarządu Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Świętochłowicach. Prokuratura zarzuciła mu, że w 2009 r. nakłaniał prezesa MPGK Piotra B. do wręczenia prezydentowi kwoty równej jednej trzeciej premii przyznanej mu za 2008 r. przez radę nadzorczą przedsiębiorstwa. L. został skazany na rok więzienia w zawieszeniu i grzywnę.

Uniewinniona została natomiast matka b. prezydenta Lidia W., której prokuratura zarzuciła wyłudzenie poświadczenia nieprawdy w akcie notarialnym (wyrok w jej sprawie jest już prawomocny). Także uniewinniony w tym wątku został b. prezydent, oskarżony o zaniżenie o 100 tys. zł ceny domu w Woźnikach i obniżenie w ten sposób opłat towarzyszących transakcji.

Drugi czyn, od którego M. został uniewinniony to podżeganie na przełomie 2006-2007 Sławomira M., aby ten nakłonił inną osobę do wręczenia łapówki skonfliktowanemu z M. jego pierwszemu zastępcy Rafałowi Świerkowi. Zdaniem prokuratury prezydent chciał w ten sposób rzucić na niego cień podejrzeń.

M. i Jolanta S.-K. zostali zatrzymani przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i aresztowani na początku 2010 r. W procesie odpowiadali już z wolnej stopy. Prowadząca śledztwo bytomska prokuratura postawiła M. sześć zarzutów, przede wszystkim korupcyjnych.

Jeden z nich dotyczył żądania i przyjęcia w pierwszej połowie 2008 r. 50 tys. zł łapówki w zamian za obietnicę podjęcia dla pewnej osoby korzystnych decyzji administracyjnych. Od maja do lipca 2009, działając razem z Jolantą S.-K., prezydent miał zażądać od Piotra B. 100 tys. zł i przyjąć od niego 25 tys. zł. W lipcu 2009 Moś miał przyjąć od Piotra B. 5 tys. zł. W obu tych przypadkach w przekazaniu łapówki miała pośredniczyć sekretarz miasta.

Innym razem prezydent i sekretarz mieli żądać od Gerarda G. kwoty "równoważnej 15-krotności 40 proc. miesięcznego wynagrodzenia brutto", osiąganego przez niego z tytułu zatrudnienia na stanowisku wiceprezesa Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Mieszkaniowej. W tym przypadku urzędnicy - zdaniem prokuratury - przyjęli 70 tys. zł. Jak wynika z ustaleń śledztwa, także te pieniądze przekazała Jolanta S.-K.

Postępowanie w sprawie korupcji w świętochłowickim magistracie rozpoczęło się od doniesienia dwóch osób, zatrudnionych w gminnych spółkach. Powiadomiły ABW, że są zmuszane do wręczania łapówek. Te osoby, które same opowiedziały organom ścigania o korupcji, nie usłyszały zarzutów - skorzystały z klauzuli bezkarności.

W związku z toczącym się śledztwem M. był aresztowany przez 8 miesięcy - od stycznia do września 2010 r. Okres aresztowania sąd zaliczył mu na poczet kary. Po aresztowaniu M. jego rodzina wyrażała opinię, że sprawa ma charakter polityczny, a zarzuty wobec prezydenta nie potwierdzą się.

Według córki prezydenta, jej ojciec był przed aresztowaniem od dłuższego czasu "nękany tajemniczymi telefonami" i zastraszany. Córka prezydenta deklarowała przed kilkoma laty wpłatę 50 tys. zł na konto fundacji walki z korupcją, jeżeli sąd orzeknie "o bezwzględnej winie" jej ojca.

Krótko po wyjściu z aresztu M. zapowiedział, że będzie ubiegał się o reelekcję. W wyborach w 2010 r. odpadł w pierwszej turze, poparło go wówczas 11,5 proc. głosujących.(PAP)