Chodziło o rekrutację przeprowadzoną w taki sposób, by pracę w Agencji dostały dwie z góry ustalone osoby. Oskarżony Andrzej S. do zarzutów nie przyznał się i chciał uniewinnienia.

Prokuratura zarzuciła mu jednak, że w kwietniu i czerwcu 2008 roku, jako funkcjonariusz publiczny, dwa razy przekroczył uprawnienia "w zakresie nadzoru nad prawidłowym przebiegiem rekrutacji, zgodnym z zasadami otwartości i konkurencyjności przyjętymi w ustawie o Agencji Rynku Rolnego i organizacji rynków rolnych".

W grudniu 2011 roku Sąd Rejonowy w Białymstoku sprawę Andrzeja S. warunkowo umorzył na dwa lata próby, nakazał mu też zapłacić 500 zł na rzecz jednej z placówek opiekuńczo-wychowawczych w Białymstoku. Od wyroku odwołał się b. dyrektor oddziału ARR, prokuratura uznała wyrok za właściwy.

Utrzymując ten wyrok, sąd okręgowy powołał się m.in. na dwa orzeczenia Sądu Najwyższego, dotyczące tzw. przekroczenia uprawnień i okoliczności, kiedy można mówić o popełnieniu takiego przestępstwa.

Ocenił m.in., że był to przypadek tzw. zamiaru ewentualnego, czyli Andrzej S. przewidywał popełnienie przestępstwa. W ocenie sądu, tłumacząc, iż działa pod presją przełożonych w sposób - jak to ujął sąd - "do pewnego stopnia świadomy" tak nadzorował i przeprowadził konkursy, by wybrani zostali wskazani kandydaci.

Sąd odwołał się też do dokumentów, które mówią o zasadach rekrutacji, w tym do ustawy o Agencji Rynku Rolnego i organizacji rynków rolnych. Sędzia Dariusz Niezabitowski podkreślił, że w tej ustawie jest zapis o tym, iż nabór kandydatów do zatrudnienia jest "otwarty i konkurencyjny". Mówił, że to zapis mówiący o tym, czym powinna kierować się komisja w procesie rekrutacji.

Sąd ocenił, że co prawda formalnie cała procedura została przeprowadzona zgodnie z przepisami, ale nie ma wątpliwości, że były to "konkursy pozorowane", ich przebieg był zgodny z procedurą, ale zmierzał do wyboru konkretnego kandydata. Jak mówił sędzia, "zasugerowanego" przez jego ówczesnych zwierzchników.

Niezabitowski wyjaśniał, że świadczyło o tym już ustalenie warunków konkursu w zakresie wykształcenia kandydatów. Były bowiem na tyle ogólne, by dawały szansę złożenia dokumentów przez konkretnego kandydata. "Pan dyrektor +czuwał+, by kandydat wskazany przez jego zwierzchnika z Warszawy został zakwalifikowany w pierwszym etapie selekcyjnym" - mówił sędzia.

Sąd uznał, że Andrzej S. był "inspirowany" poleceniami przełożonych, ale zwrócił uwagę, że od początku był przeciwny zatrudnieniu jednej z tych osób na stanowisko swego zastępcy, w miejsce fachowca z doświadczeniem i kierunkowym wykształceniem.

S. był jednym z "bohaterów" prowokacji dziennikarzy programu TVN "Teraz my", którzy jesienią 2008 r. pokazali, że w bydgoskim i białostockim oddziale ARR można załatwić pracę, powołując się w rozmowie telefonicznej na znajomości w resorcie rolnictwa. Po niej stracił pracę w ARR.

Śledztwo w sprawie sytuacji w Agencji prokuratura prowadziła wspólnie z Centralnym Biurem Antykorupcyjnym. Postępowanie zaczęło się od zawiadomienia złożonego do CBA właśnie przez Andrzeja S., który zawiadomił Biuro, że był naciskany w sprawie zatrudniania osób, które - jego zdaniem - nie miały stosownych kompetencji.

Śledztwo zakończyło się oskarżeniem dwóch byłych już prezesów Agencji, ich proces trwa przed Sądem Rejonowym w Białymstoku. Został tam do przesłuchania w maju ostatni świadek.

Sąd próbuje w tamtym procesie wyjaśnić, czy byli prezesi ARR - Władysław Ł. oraz jego poprzednik Bogdan T. - wydawali polecenia zatrudniania lub zwalniania konkretnych osób w ARR przez co, w ocenie Prokuratury Okręgowej w Białymstoku, przekroczyli uprawnienia. Polecenia miały być wydawane właśnie Andrzejowi S. Obaj byli szefowie Agencji do zarzutów się nie przyznają.

Do odrębnego postępowania prokuratura wyłączyła wtedy wątek dotyczący Andrzeja S., bo w tamtym śledztwie ma on status pokrzywdzonego, a polska procedura karna nie przewiduje możliwości bycia w jednej sprawie także podejrzanym. (PAP)

rof/ swi/ bos/ jbr/