Dwaj górnicy byli poszukiwani od 18 kwietnia, gdy w kopalni w tzw. ruchu Śląsk - części kopalni Wujek, znajdującej się w Rudzie Śląskiej - doszło do silnego wstrząsu na głębokości ok. 1050 m. Z zagrożonego rejonu wycofano pracowników; dwóch przebywających w zagrożonym rejonie nie zgłosiło się.
Ciała obu mężczyzn ratownicy odnaleźli 15 czerwca. Dotarli do nich specjalnie wydrążonym w tym celu chodnikiem ratowniczym. Transport ciał do bazy ratowników rozpoczęto w poniedziałek po godz. 17. Przed godz. 19 ciała ofiar wypadku wywieziono na powierzchnię. Jak powiedział dziennikarzom rzecznik KHW Wojciech Jaros, ostatnia faza akcji przebiegła bardzo sprawnie - świeże powietrze z doprowadzającego go lutniociągu wyparło zalegający w wyrobisku metan. To umożliwiało szybkie wejście po ciała.
„To zamknięcie pewnego etapu, bo akcja ciągle jeszcze trwa - bardzo ważnego etapu, który pokazał, że upór, determinacja, dały efekt” - powiedział Jaros.
Prowadzone w skrajnie trudnych warunkach poszukiwania zostały zakończone wydobyciem ciał w 66 dniu akcji. Ratownicy pracowali w rejonie z zagrożeniem metanowym, w bardzo wysokiej temperaturze, która w niektórych miejscach przekraczała 50 stopni Celsjusza – mówił rzecznik.
Jaros zaznaczył, że to nie koniec podziemnych działań. Ponieważ wstrząs zrujnował system przewietrzania, zniszczony rejon kopalni musi zostać odizolowany specjalnymi tamami od reszty wyrobisk. W międzyczasie zostanie wycofany kombajn, którym drążono chodnik ratowniczy i całą budowaną podczas akcji infrastrukturę, dzięki której ratownicy mogli pracować.
Górnicy, którzy zginęli w wypadku mieli 36 i 44 lata. Ich ciała zostaną teraz zbadane przez specjalistów w dziedzinie medycyny sądowej, którzy wypowiedzą się na temat przyczyn zgonu. Według przedstawicieli KHW, obaj zmarli najprawdopodobniej w wyniku zmniejszenia dopływu powietrza i napływu znacznych ilości metanu do wyrobiska po wstrząsie.
Pytany o przyczyny wstrząsu rzecznik Holdingu wyraził przekonanie, że nie był on związany „z konkretną pracą kopalni, w tym miejscu”, ale wynikał z warunków geologiczno-górniczych w rejonie, w którym eksploatacja węgla trwa od wielu lat. Najprawdopodobniej na uskoku na długości prawie kilometra doszło do przemieszczenia skał – wskazał.
„To są sytuacje, które trudno określić. Jeżeli mamy wstrząsy w pobliżu konkretnej ściany, związane z wydobyciem, można przyjąć, że nie udało się wystarczająco odprężyć (górotworu). Natomiast wstrząsu o takiej sile, który by spowodował takie efekty – z tego, co mi mówiono – na pewno przez ostatnie kilkadziesiąt lat w całym tym rejonie nie było” - zaznaczył Jaros.
Po wypadku ratownicy zmierzający po zaginionych początkowo przebijali się ręcznie przez rumowisko skalne i zniszczone części maszyn. Posuwali się bardzo wolno, zapadła więc decyzja o drążeniu kombajnem chodnikowym nowego chodnika ratowniczego w kierunku ściany wydobywczej "7", jak również o wykonaniu pionowego odwiertu z powierzchni, aby szybciej sprawdzić niedostępny rejon.
Odwiert był gotowy 5 maja, po 12 dniach prac. Drążony na granicy Katowic i Rudy Śląskiej otwór trafił w zaplanowane wcześniej miejsce ponad kilometr pod ziemią. Opuszczona kamera pokazała, że pod obudowami jest pusta przestrzeń, osuwisko, trochę zniszczeń, nie pokazała jednak ludzi. Przez odwiert opuszczono też sprzęt łącznościowy i płyny. Próby nawiązania komunikacji z górnikami nie przyniosły rezultatu.
Dodatkowo analizy powietrza pobieranego w obserwowanym poprzez odwiert rejonie wskazywały, że jego skład nie jest korzystny dla przebywania ludzi. Stwierdzono zmniejszoną zawartość tlenu i zwiększone, zmienne stężenie metanu, od początku pomiarów powyżej granicy wybuchowości. W związku z brakiem jakiegokolwiek sygnału 13 maja ratownicy zakończyli nasłuch i wycofali sprzęt z odwiertu na powierzchnię. Cały czas kontynuowano drążenie kombajnem chodnika ratunkowego, który ostatecznie umożliwił dotarcie do częściowo drożnych wyrobisk w rejonie ściany wydobywczej. (PAP)

Więcej na ten temat w Serwisie BHP.