Głosowanie Sejmu ws. projektu noweli Prawa zamówień publicznych zaplanowano na piątek. Dzień wcześniej sejmowa komisja gospodarki zarekomendowała - głosami opozycji - ograniczenie in-house w zamówieniach publicznych.

Propozycje wprowadzające in-house są najbardziej spornym punktem projektu. Zezwalają one, aby podmiot zamawiający mógł powierzyć określone zadania swojej spółce córce, gdy jej działalność w ponad 90 proc. koncentruje się na powierzanych zadaniach. W praktyce chodzi przede wszystkim o umożliwienie samorządom bezprzetargowego zlecania spółkom komunalnym m.in. zadań związanych z gospodarką odpadami.

Przeciwnicy tych przepisów argumentują, że wprowadzenie takiego rozwiązania ogranicza konkurencję, promuje nepotyzm i kumoterstwo oraz doprowadzi do podniesienia kosztu wywozu śmieci.

Polecamy szkolenie
Zamówienia publiczne do 30.000 euro z uwzględnieniem nowelizacji Pzp z 2016 r.
  • rzetelna i aktualna wiedza

 

Rządowy projekt popiera m.in. Związek Miast Polskich. Jak napisał dyrektor biura ZMP i sekretarz komisji wspólnej rządu i samorządu Andrzej Porawski, emocje w tej sprawie rozbudziły duże, zagraniczne firmy, zrzeszone w Polskiej Izbie Gospodarki Odpadami, które zmobilizowały część polskich firm prywatnych, w tym rodzinnych. Druga branżowa organizacja, Krajowa Izba Gospodarki Odpadami, która zrzesza polskie firmy lokalne, w tym komunalne, popiera projekt.

Według Porawskiego protestujący przedstawiają sprawę „w fałszywym świetle” - twierdzą bowiem, że wprowadzenie dyrektywy w zakresie in-house, spowoduje utratę miejsc pracy i inne negatywne konsekwencje.

„Nawet gdyby wprowadzenie zasady in-house spowodowało jakieś skutki, na pewno nie będzie to utrata miejsc pracy – śmieci bowiem pozostaną i ktoś będzie musiał je przerobić. Jeśli będą jakieś zmiany, dana ilość śmieci trafi do innej firmy, prawie na pewno polskiej, więc co najwyżej nastąpi przesunięcie miejsc pracy między firmami” - argumentuje dyrektor biura ZMP.

W stanowisku Związku Porawski zaakcentował, że usankcjonowanie zamówień wewnętrznych w sektorze odpadów komunalnych nie zagraża małym firmom rodzimym, jakie powstały w wielu miejscach po likwidacji lub prywatyzacji przedsiębiorstw komunalnych.

„Miasta i gminy, które nie mają dziś swoich firm śmieciowych, nie będą ich odtwarzać lub tworzyć na nowo, bo nie mają na to środków. Wszędzie tam nadal będą przetargi, a małe firmy lokalne będą szczególnie mile widziane. Tam natomiast, gdzie przetargi wygrywały firmy komunalne, albo gdzie firmy prywatne w ogóle nie stawały do przetargów, tam pozostały firmy gminne, które obsługują mieszkańców i dają tysiące miejsc pracy” - wskazał samorządowiec.

Ocenił, że zagrożenie widzą dla siebie przede wszystkim duże firmy zagraniczne, które „osiadły w Polsce w czasie, gdy – za poprzednich rządów – istniała w tym zakresie w Polsce wolna amerykanka”, a w ich rodzimych krajach (m.in. Niemcy i Francja) obowiązywały już bardzo restrykcyjne przepisy i zamówienia in-house.

„Te firmy wylobbowały w poprzednim okresie rozwiązania, które wprowadziły obligatoryjne przetargi. Jaki jest efekt? Z otrzymanych przez nas informacji z Ministerstwa Środowiska wynika, że w gminach, gdzie podmioty zbierające odpady komunalne wyłoniono w przetargach bez udziału firm komunalnych: stopień odzysku jest mniejszy, opłaty śmieciowe są wyższe, a stopień zmonopolizowania rynku jest większy niż w gminach, gdzie odbiór odpadów jest organizowany przez lokalne firmy komunalne, w większości zrzeszone w KIGO” - napisał Porawski.

Stanowisko ZMP przypomina także, że nowelizacja Prawa zamówień publicznych jest związana z koniecznością implementacji do polskiego systemu prawnego dyrektywy UE sprzed ponad dwóch lat. Dyrektywa wprowadza zasadę zamówień wewnętrznych powszechnie, dając podmiotom publicznym możliwość wyboru: każdy z nich może – jeśli spełnia konkretne warunki – ale nie musi zlecić zadania w trybie zamówienia in-house.

ZMP akcentuje, że po dyskusji w ramach Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego przepisy dot. zamówień in-house zostały wprowadzone do projektu rządowego w wersji bardziej wymagającej, niż zakłada dyrektywa. Wskaźnik określający udział zadań użyteczności publicznej w profilu firmy komunalnej lub państwowej podniesiono - wobec dyrektywy - z 80 proc. do 90 proc. (dotąd zrobiła to jeszcze Finlandia).

Silnym zdaniem samorządów zabezpieczeniem przed ew. nadużyciami jest też dopuszczenie zamówienia in-house wyłącznie w trybie z wolnej ręki. „To oznacza, że cała procedura musi być jawna i że istnieje możliwość odwołania się każdego, kto uzna, że jego interes został naruszony w wyniku niedochowania określonych w dyrektywie i ustawach warunków” - podkreślił Porawski.

„Projekt rządowy – zdaniem środowiska samorządowego – wprowadza zamówienia wewnętrzne w Polsce w sposób bardzo bezpieczny, gwarantujący nienadużywanie tej formuły przez podmioty publiczne do realizacji działań gospodarczo i społecznie nieuzasadnionych” - konkluduje stanowisko ZMP.(PAP)