PAP: Czy wybory do samorządów z punktu widzenia wyborców są skomplikowane?

Joanna Załuska: Może trochę bardziej niż wybory na prezydenta czy do parlamentu, ale w sumie w wyborach samorządowych wybieramy trzech albo czterech przedstawicieli. Wybieramy władze gminy, powiatu i województwa plus wójta, burmistrza lub prezydenta miasta - w każdym wypadku wybieramy jedną osobę. To jest możliwe do „ogarnięcia”.

PAP: Jednak - w odróżnieniu od innych wyborów - wyborca dostaje do ręki trzy lub cztery broszury, a w nich kilkadziesiąt nazwisk, najczęściej nieznanych. Jak z grona wielu kandydatów wyłowić tych, którzy są warci naszego głosu?

J.Z.: Program "Masz Głos, Masz Wybór" Fundacji Batorego właśnie dlatego powstał. Zaczęliśmy zachęcać organizacje pozarządowe, grupy nieformalne, ludzi w całej Polsce, by współpracować z lokalnymi władzami, obserwować decyzje władz i mieć wiedzę o problemach i decyzjach. Każdy może i powinien to robić. Dobrą metodą, żeby dowiedzieć się czegoś więcej, jest po prostu wejść na stronę urzędu gminy czy miasta.

Druga rzecz to bardziej świadomy wybór, kto ma nas reprezentować. Trzeba uważniej przyglądać się kandydatkom i kandydatom. Ja nie zainteresuję się osobami, od których nie dostanę ulotki, nie zobaczę ich plakatu, którzy nie zaproszą mnie na spotkanie o problemach naszej okolicy. Jest tak wielu kandydatów, że tracenie czasu na tych, którzy się w ogóle mną nie interesują, jest bez sensu. Nie zgadzam się z tymi, którzy narzekają na ilość ulotek. Akurat w tym momencie, przed wyborami samorządowymi, tych informacji powinno być jak najwięcej.

Poza tym zachęcam, by zajrzeć na portale, na których można znaleźć informacje o kandydatach. Np. portal mamprawowiedziec.pl prosi kandydatów o wypełnienie specjalnego kwestionariusza. Nie jesteśmy jako wyborcy bezradni, jest coraz lepiej.

PAP: Od wyborcy wymaga to więcej wysiłku niż przy innych elekcjach.

J.Z.: Ale z wyborem swojego przedstawiciela jest tak jak z wyborem lekarza, który zajmie się zdrowiem naszym albo naszych dzieci. Zanim podejmiemy decyzję, dowiadujemy się, jakie są o nim opinie, czy udziela informacji, czy interesuje się pacjentem. Analogicznie - dobrze jest poszukać odpowiedniego kandydata, na którego oddamy głos.

PAP: W wyborach samorządowych wybieramy reprezentantów, od których bardzo dużo zależy w naszym najbliższym otoczeniu. Jednak połowa Polaków nie głosuje w tych wyborach.

J.Z.: W ogóle mamy problemy z frekwencją. Do tego nadal jest grupa wyborców, którzy nie doceniają znaczenia wyborów samorządowych i tego, jak ważne decyzje podejmują ludzie, którzy rządzą naszymi gminami, powiatami czy województwami. Na przykład władze wojewódzkie, które wybierzemy w tym roku, będą decydowały o podziale ponad 31 mld euro! Z tego punktu widzenia to niezwykle ważne, żeby wybrać odpowiednich radnych.

PAP: A to właśnie w wyborach do sejmików jest najwięcej głosów nieważnych - aż 12 proc.

J.Z.: Tak się dzieje, ponieważ ludzie nie znają kandydatów. Większość głosów nieważnych to puste karty do głosowania. Ta nieznajomość wiąże się też z tym, że kampania wyborcza przed wyborami samorządowymi ogniskuje się wokół wyborów na prezydentów dużych miast. Oni „kradną” show. Mówi się o rywalizacji znanych postaci, a w cieniu tej rywalizacji odbywają się bardzo ważne wybory do rad.

PAP: Na kim spoczywa odpowiedzialność za uświadamianie ludzi, czym władza wojewódzka się zajmuje?

J.Z.: Władze wojewódzkie powinny robić wiele, by uświadamiać obywatelom, jak dużo od nich zależy. Problem polega jednak na tym, że przez 4 lata pomiędzy wyborami nic się nie dzieje, a tuż przed samymi wyborami wszelkie informacje są uznane za agitację wyborczą. Docieranie do mieszkańców z systematyczną informacją o swojej działalności, przeprowadzanie konsultacji są drogą do tego, żeby ludzie byli zainteresowani i wiedzieli, o co chodzi w tych wyborach. Badania przeprowadzone przez Instytut Spraw Publicznych pokazują, że najpoważniejszą barierą, jeśli chodzi o udział w wyborach, jest brak informacji, zarówno o kandydatach, jak i o kompetencjach poszczególnych szczebli samorządu.

PAP: Jak ocenia pani wybory do rad gmin w jednomandatowych okręgach wyborczych, które po raz pierwszy odbędą się we wszystkich gminach oprócz miast na prawach powiatu?

J.Z.: Zmiana została wprowadzona, by zwiększyć poczucie identyfikacji radnego ze swoimi wyborcami. W wyborach jednomandatowych ten związek jest bardziej bezpośredni. Oby okazało się, że radni będą rzeczywiście bardziej zainteresowani swoimi wyborcami, że będą do nich wracali co jakiś czas, dyskutowali, pytali o problemy, organizowali dyżury.

Z drugiej strony są obawy. W okręgach jednomandatowych wygrywa ten, kto uzyska większość, a to oznacza, że do urn pójdzie bardzo dużo wyborców, których głosy nie będą miały żadnego wpływu na wynik wyborczy. Może to prowadzić do demobilizowania ludzi, a do urn pójdą "żelazne elektoraty". Ponadto w wyborach odbywających się w jednomandatowych okręgach wyborczych nie obowiązują parytety, czyli obowiązek umieszczania na listach przynajmniej 35 proc. nazwisk kobiet i 35 proc. nazwisk mężczyzn.

Jeśli patrzymy na rady gmin jak na parlament lokalny, w którym powinny być dyskutowane lokalne problemy, byłoby dobrze, aby zasiadały w nim osoby reprezentujące różne środowiska. Boję się, że głos pewnych środowisk zostanie wyeliminowany z tej dyskusji.

Jest także obawa, czy radni, którzy będą czuli silny związek z wyborcami z danego okręgu, nie będą kierowali się przede wszystkim interesem tej grupy wyborców. To może utrudnić dyskutowanie o sytuacji całej gminy, spojrzenie na rozwój gminy w szerszej perspektywie.

PAP: Jakie działania zachęcające do udziału w wyborach prowadzi Fundacja Batorego?

J.Z.: Od wiosny tego roku zachęcamy m.in. organizacje pozarządowe, grupy nieformalne, biblioteki, ośrodki kultury, by zrobili z mieszkańcami spotkania o problemach, które są ważne dla nich. Chodzi o to, by podczas kampanii wyborczej zwrócić się z tymi problemami do komitetów wyborczych, a następnie zrobić debatę przedwyborczą. Do udziału w akcji można zarejestrować się na stronie: http://www.maszglos.pl/ Przygotowujemy także ogólnopolską kampanię w mediach: telewizji, radiu, intrenecie. Przygotowujemy też poradnik dla wyborców.

Ważną sprawą jest też zachęcanie ludzi do kandydowania. Dlatego przygotowaliśmy i opublikowaliśmy specjalny poradnik dla kandydatów. Fundacja Batorego jakiś czas temu zrobiła badania, z których wynika, że zaledwie 4 proc. ankietowanych zastanawiało się, czy kandydować, a kandydowało niecałe 2 proc. To niezwykle mało. Tymczasem politykę trzeba „odkorkować”. Wybory samorządowe to dobra okazja, by zachęcać lokalnych działaczy, działaczki, by się odważyli i kandydowali, bo we władzach mogą zrobić więcej.

PAP: Te 2 proc. świadczą o słabej kondycji naszego społeczeństwa obywatelskiego?

J.Z.: Dostrzegam pewien opór przed zaangażowaniem się w sprawy swojej miejscowości, swojego osiedla. Ludzie często tłumaczą, że są zajęci, mają rodzinę, pracę. Jednak jest coraz lepiej. Pojawia się coraz więcej organizacji, grup nieformalnych. Ludzie skrzykują się, bo drzewa są wycinane w parku, a zajęcia w ośrodku kultury powinny być zmienione.

Od 2002 r. zajmuję się zachęcaniem do udziału w wyborach i muszę powiedzieć, że widzę ogromną zmianę. W poprzednich latach dla wyborców bardzo ważne były inwestycje infrastrukturalne: powstanie oczyszczalnia ścieków, droga. Tylko to. Teraz rosną aspiracje, żeby w ogóle mieć wpływ na to, jak pieniądze są wydatkowane, jakie decyzje są podejmowane, czy są przeprowadzane konsultacje. I to jest optymistyczne.

Rozmawiały Katarzyna Nocuń i Anita Sobczak (PAP)