W czwartek Sąd Rejonowy Warszawa-Śródmieście zakończył trwający od września ubiegłego roku proces i wysłuchał mów końcowych w sprawie. Podobnie jak wszystkie poprzednie rozprawy mowy stron również były wygłaszane z wyłączeniem jawności. Jeszcze w czerwcu ubiegłego roku sąd zdecydował, że proces będzie toczył się za zamkniętymi drzwiami, gdyż dotyczy spraw obyczajowych, których ujawnienie - jak mówi prawo - "może naruszyć ważny interes prywatny".
Akt oskarżenia wobec Joanny D., Haliny S. i Zbigniewa Sz. Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga skierowała do sądu w marcu zeszłego roku. "Jestem niewinny, nie mam nic do powiedzenia" - powtarza oskarżony Zbigniew Sz. Oskarżone kobiety nie udzielają żadnych wypowiedzi.
Jak poinformowali przedstawiciele stron procesu po wyjściu z sali rozpraw - prokuratura wystąpiła wobec wszystkich oskarżonych o kary roku więzienia w zawieszeniu na pięć lat. Z tym wnioskiem nie zgodził się mec. Czesław Jaworski - pełnomocnik Piesiewicza, który w sprawie występuje jako oskarżyciel posiłkowy. Mec. Jaworski powiedział PAP, że zawnioskował o kary bezwzględnego więzienia.
"Jako obrońca wnioskowałam o uniewinnienie, nie ma dowodów, które miałyby świadczyć o winie mego klienta" - mówiła z kolei dziennikarzom mec. Katarzyna Gajowniczek-Pruszyńska, reprezentująca Zbigniewa Sz.
Zarzuty wobec oskarżonych dotyczą zmuszania Piesiewicza do "określonego zachowania" w zamian za nieujawnianie kompromitujących go materiałów - za co grozi do trzech lat więzienia. Oskarżeni - wcześniej karani za czyny kryminalne - szantażowali Piesiewicza od jesieni 2008 r.
We wrześniu 2008 r. nagrano spotkanie Piesiewicza z Joanną D. i striptizerką Joanną S., a potem kilka razy "odsprzedawano" politykowi kompromitujące taśmy. Według mediów, w sumie senator miał zapłacić za nagrania ponad 550 tys. zł, m.in. w październiku 2008 r. za "odkupienie" taśm zapłacił 196 tys. zł nieustalonej do dziś kobiecie, podającej się za dziennikarkę.
Senator nie chciał wtedy ścigania szantażystów, a śledztwo w sprawie szantażu początkowo umorzono. Szantażyści jednak nie zrezygnowali. W 2009 r. Halina S., znajoma Joanny D., zadzwoniła za jej wiedzą do Piesiewicza, mówiąc, że pies "wygrzebał z ziemi płyty z nagraniami", na których opakowaniu miał być numer jego komórki. Za niemal 40 tys. zł Piesiewicz "odkupił" od niej nagrania.
Szantażyści ponownie zażądali jednak pieniędzy; zagrozili też upublicznieniem nagrań. Wówczas senator zawiadomił prokuraturę, która przygotowała zasadzkę. W listopadzie 2009 r. zatrzymano osoby wskazane przez Piesiewicza. Nie było wobec nich wniosków o areszt, co prokuratura tłumaczyła stosunkowo niską grożącą im karą.
Kilka dni przed oskarżeniem szantażystów umorzono odrębne śledztwo wobec Piesiewicza. Prokuratura zamierzała zarzucić mu przestępstwa posiadania kokainy i nakłaniania innych osób do jej zażycia. W lutym zeszłego roku Senat nie zgodził się na uchylenie immunitetu senatora - bez czego nie można było postawić mu zarzutu. Wcześniej wniosek prokuratury negatywnie zaopiniowała senacka komisja regulaminowa. Początkowo Piesiewicz sam zrzekł się immunitetu, ale po analizie prawnej wycofał zgodę i pozostawił decyzję izbie.
W grudniu 2009 r. "Super Express" ujawnił film z udziałem ubranego w sukienkę Piesiewicza, nagrany w jego mieszkaniu przez Joannę D. Film - na którym słychać wulgarne komentarze kobiety - miał być dowodem, że senator posiadał i zażywał narkotyki. Piesiewicz zaprzeczył, by zażywał narkotyki; twierdził, że nie była to kokaina, ale sproszkowane lekarstwa. Zarazem przyznał, że zdarzało mu się zażywać narkotyki, ale wiele lat wcześniej. Mówił, że Joannę D., od której zaczął się szantaż, poznał przypadkowo przed hotelem i kilka razy się z nią spotkał.
Wówczas Piesiewicz zawiesił członkostwo w klubie parlamentarnym PO. Ostatnio poinformował jednak, że będzie startował w wyborach do Senatu z własnego komitetu.
(PAP)