W czerwcu br. sąd dyscyplinarny przy Prokuraturze Generalnym odmówił warszawskiej prokuraturze zgody na ich ściganie i nie uchylił ich immunitetów. Z powodu tajności sprawy Prokuratura Generalna nie ujawniła szczegółów tej decyzji.
Prokuratura Okręgowa w Warszawie odwołała się od niej do wyższego sądu dyscyplinarnego - ustaliła PAP w źródłach związanych z organami ścigania. Wpłynięcie zażalenia potwierdził Maciej Kujawski z Prokuratury Generalnej. Dodał, że nie wyznaczono jeszcze terminu jego rozpoznania.
Rzeczniczka prokuratury Monika Lewandowska powiedziała tylko, że sprawa jest niejawna. Wniosek prokuratury jest ściśle tajny, a sprawy dyscyplinarne prokuratorów i tak są niejawne niezależnie od tajności akt sprawy.
Warszawska prokuratura chce postawić obu mężczyznom zarzuty przekroczenia uprawnień za bezprawne rozpracowywanie w 2007 r. Brochwicza, b. wiceszefa kontrwywiadu Urzędu Ochrony Państwa. Święczkowski był wtedy szefem Agencji, a Ocieczek jego zastępcą.
"W dawnych czasach złoczyńcy szukali azylu w kościołach; dziś niektóre osoby mogą ukryć się przed aktem oskarżenia w prokuraturze" - tak Brochwicz komentował w czerwcu decyzję, którą nazwał "skandaliczną". Dodał, że immunitet powinien dotyczyć tylko funkcji prokuratora, a Święczkowski i Ocieczek "są ścigani za to co robili w policji politycznej, a nie w prokuraturze". Sam Święczkowski mówił wówczas PAP, że decyzja potwierdza, że wniosek prokuratury jest "bezprzedmiotowy i pozamerytoryczny".
Według "Dziennika Gazety Prawnej", ABW zaczęła rozpracowywać Brochwicza, podejrzewając go o wpływanie na wybory prezydenckie w 2005 r., w których kandydował m.in. Włodzimierz Cimoszewicz. To Brochwicz skontaktował z Konstantym Miodowiczem (posłem PO i członkiem sejmowej komisji śledczej ds. PKN Orlen) Annę Jarucką. Przed tą komisją kobieta zeznała, że Cimoszewicz jako szef MSZ miał ją w 2002 r. upoważnić do zmiany swego oświadczenia majątkowego za 2001 r. W wyniku tego Cimoszewicz wycofał się z wyborów. Podstawą do kontroli operacyjnej ABW miało być podejrzenie, że Brochwicz podżegał Jarucką do fałszywych zeznań przed komisją śledczą. Zdaniem "DGP" prokuratura uznała, że na rozpracowywanie Brochwicza nie pozwalała wewnętrzna analiza ABW.
Brochwicz mówił, że sprawa Jaruckiej z 2005 r. była tylko pretekstem do działań ABW z 2007 r., a chodziło o próbę zdobycia informacji o nim i jego klientach. Brochwicz podkreślał, że sam zorientował się, że jest śledzony, bo "robiono to po amatorsku". Spytał wtedy ABW, czy jest podsłuchiwany; dostał odpowiedź, że ABW nie może odpowiedzieć na takie pytanie. "A w tym czasie Aleksander Kwaśniewski dostał odpowiedź, że nie był podsłuchiwany" - podkreślał Brochwicz. "Taka to była IV RP; mam nadzieję, że nigdy nie wróci" - dodał.
Brochwicz (działacz opozycji w PRL) był w 1990 r. sekretarzem komisji weryfikującej funkcjonariuszy SB, a potem - wiceszefem kontrwywiadu UOP oraz wiceszefem MSWiA. Był także ekspertem PO, członkiem Rady Programowej tej partii.
Półtora roku więzienia w zawieszeniu - taki wyrok wydał w maju br. warszawski sąd wobec Jaruckiej za sfałszowanie i posłużenie się dokumentem, w którym Cimoszewicz miał rzekomo upoważnić ją do zamiany swego oświadczenia majątkowego. Według sądu motywem b. asystentki b. szefa MSZ "mogła być" chęć zemsty za ignorowanie przez Cimoszewicza jej próśb o załatwienie pracy w zagranicznej placówce. Obrona zapowiedziała apelację. (PAP)