Już w środę rano ratownicy sygnalizowali, że akcja przedłuży się. Blokujące im drogę rozlewisko, które od poniedziałku – z przerwami – pompowali, okazało się dwukrotnie większe niż wcześniej zakładano - ma prawdopodobnie ponad 2 metry głębokości. Wysokość wyrobiska w tym miejscu wynosi do 3,5 m. Gdy wody zostanie już tylko od pół metra do metra, ratownicy podejmą próbę dalszej penetracji wyrobiska.
Jak podał w środę po południu Jaros, aby zmniejszyć głębokość rozlewiska do metra, trzeba wypompować jeszcze ok. 300 m sześc. wody, a do pół metra – kolejne 200 m sześc. „Jeśli nie będzie innych zakłóceń, ratownicy ruszą do przodu nad ranem w czwartek” - zapowiedział rzecznik Holdingu.
Rano przedstawiciele sztabu akcji podawali, że wraz z pompowaniem wody trwają prace profilaktycznie, które po odnalezieniu i wywiezieniu zaginionego górnika umożliwią zamknięcie rejonu zagrożenia. Nie można wykluczyć, że po wypompowaniu wody z rozlewiska ratownicy napotkają kolejne – w następnym zagłębieniu terenu. Nie wiadomo też np., w jakim stanie na ostatnim odcinku ich drogi są stojaki wzmacniające obudowę wyrobiska.
Dzięki przewietrzaniu w zagrożonym rejonie poprawiła się widoczność do ok. 15 metrów (wcześniej była ograniczona nawet poniżej metra). Stężenia gazów utrzymywały się od wtorku na stosunkowo bezpiecznym poziomie. Jeśli ich wskazania nie pogorszą się, po odpompowaniu wody ratownicy będą mogli wejść głębiej, przedłużając lutniociąg przewietrzający wyrobisko i linię chromatograficzną, dzięki której można stale badać dokładny skład atmosfery. Ratownicy będą mieli do przejścia jeszcze ok. 170 m.
W środę rano kierownik działu energomechanicznego kopalni Grzegorz Standziak był m.in. pytany, co działo się w tym rejonie bezpośrednio przed wypadkiem. Potwierdził, że ratownicy prowadzili prace profilaktyczne związane z zagrożeniem pożarowym – związane z planowanym później zatłaczaniem mieszaniny wodno-pyłowej do zrobów ściany (zroby to przestrzenie po eksploatacji węgla, w których może gromadzić się metan lub w których może dochodzić do tzw. samozagrzewania węgla i – wskutek tego – do tzw. pożarów endogenicznych - PAP).
Standziak wskazał też, że na zmianie, na której doszło do wypadku, nie było wydobycia (na wcześniejszych prowadzono je), a jedyne prace polegały na ustawieniu kombajnu w bezpiecznym miejscu, w którym nie groziło mu ewentualne uszkodzenie podczas zalewania zrobów. Inżynier wyjaśnił, że zroby zalewa się, aby zapobiec samozapłonowi resztek surowca – to standardowe działanie profilaktyczne.
Podczas kolejnej konferencji prasowej Standziak odniósł się do środowych doniesień „Gazety Wyborczej”, według której to, co działo się na krótko przed wypadkiem, było czymś więcej niż tylko profilaktyką; władze kopalni wiedziały o zagrożeniu wybuchem metanu, a mimo to nie wstrzymano wydobycia. Pod ziemią byli ratownicy, 6 października na porannej zmianie było ich tam 19, w tym czasie 13 górników wydobywało węgiel – napisała GW, sugerując, że wydobycia nie wstrzymano ze względów ekonomicznych.
Standziak ocenił, że artykuł zawiera wiele „nieścisłości, a wręcz w kilku miejscach przekłamań”. Przypomniał, że o zagrożeniu pożarem endogenicznym ostrzega wzrost stężenia tlenku węgla i rzeczywiście przed wypadkiem zanotowano wzrost stężenia tego gazu, jednak – podkreślił – w ilościach, które nie wymagały zatrzymania prac.
Pożary endogeniczne to naturalne i stosunkowo częste zjawisko w górnictwie. Powodem ich powstawania jest samozagrzanie węgla w tzw. zrobach ściany wydobywczej, czyli miejscach po eksploatacji węgla. W tego typu przypadkach zwykle nie występuje otwarty ogień, ale zadymienie i podwyższona temperatura.
Inżynier przypomniał, że ratownicy górniczy często zjeżdżają na dół, nie tylko po to, by prowadzić akcję ratowniczą, ale także do wykonywania „normalnych prac”. Przyznał też, że w ostatnim okresie w kopalni notowano przekroczone dopuszczalne stężenie metanu (powyżej 2 proc.), co nie jest niczym niezwykłym w kopalni o wysokim stopniu zagrożenia metanowego. Zapewnił, że zgodnie z procedurą zawsze w takich przypadkach wycofywano załogę z zagrożonego rejonu.
W środę informację o codziennej pracy ratowników z Mysłowic-Wesołej przesłał też Katowicki Holding Węglowy. Cytowany w niej kierownik stacji ratownictwa kopalni Dariusz Poleszak przypomniał m.in., że ratownicy - prócz prowadzenia akcji związanych z wypadkami - na co dzień wykonują szereg prac profilaktycznych mających zapobiegać różnym zagrożeniom. Na październik w całym zakładzie zaplanowano kilkaset takich prac.
Holding podał też, że ogólny stan drużyny ratowniczej w Mysłowicach-Wesołej to 235 osób, w tym 221 ratowników. Licząc z kierownictwem, stacja zatrudnia około 160 osób, pozostali to pracownicy z przeszkoleniem ratowniczym, ale normalnie pracujący w różnych oddziałach kopalni. Takie rozwiązanie zapewnia pełny przekrój specjalności.
W poniedziałek wieczorem minął tydzień od katastrofy w mysłowickiej kopalni. Na poziomie 665 m doszło prawdopodobnie do zapalenia bądź wybuchu metanu. W strefie zagrożenia znajdowało się wówczas 37 górników. 36 wyjechało na powierzchnię, 31 trafiło pierwotnie do szpitali. 42-letniego kombajnisty dotąd nie odnaleziono. W poniedziałek rano w Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich zmarł jeden z najciężej rannych, 26-letni górnik.
We wtorek w siemianowickiej „oparzeniówce” nadal leczonych było 21 najciężej poszkodowanych w wypadku. Lekarze relacjonowali m.in., że stan jednego z najciężej rannych był „ekstremalnie krytyczny”, stan innego „krytyczny”, natomiast zauważalnie poprawiały się monitorowane parametry stanu zdrowia u pozostałych czterech górników z oddziału intensywnej terapii.
Okoliczności wypadku wyjaśniają Prokuratura Okręgowa w Katowicach i Wyższy Urząd Górniczy. (PAP)