Podczas trwającego 6 tygodni procesu Simbikangwa nie przyznał się do winy utrzymując, że padł ofiarą "polowania na czarownice" prowadzonego przez sprawujących obecnie rządy w Rwandzie członków plemienia Tutsi. Mówił też, że "nigdy nie widział zwłok nawet jednej osoby".

"Mimo braku dowodów, wysunięto przeciwko mnie zarzuty, jakich nie wysunięto nawet przeciwko ministrom, lub generałom" - powiedział Simbikangwa w ostatnim słowie.

Nie jest jasne czy adwokaci Simbikangwy będą odwoływać się od wyroku.

Zgodnie z francuskim prawem, Rwandyjczycy podejrzani o udział w masakrach mogą być sądzeni przez francuski sąd. Był to pierwszy proces, w którym francuski sąd rozpatrywał sprawę oskarżonego o ludobójstwo. Uważa się, że proces Simbikangwy otworzy drogę do całego szeregu podobnych.

Sprawa ma dodatkowy posmak polityczny bowiem zdaniem wielu krytyków, w tym także Francuzów, rząd ówczesnego prezydenta Francji Francoisa Mitteranda udzielał w 1994 r. zbytniego poparcia zdominowanemu przez plemię Hutu rządowi Rwandy.

Wielu członków tego rządu , w tym odpowiedzialni za masakry, znalazło we Francji bezpieczne schronienie i żyli przez lata nie niepokojeni przez nikogo.

Podczas trwających cztery miesiące masakr, zapoczątkowanych zabójstwem w kwietniu 1994 r. ówczesnego prezydenta Rwandy Juvenala Habyarimany z plemienia Hutu, zginęło ponad 800 tys. ludzi, przeważnie ze stanowiącego mniejszość plemienia Tutsi. Hutu szukali na nich zemsty oskarżając ich odpowiedzialnością za śmierć prezydenta. Ujawniły się też wówczas zadawnione waśnie etniczne.

Simbikangwa utrzymywał, że był tylko "zwykłym agentem" i oficerem gwardii przybocznej prezydenta Habyarimany. Jednak według świadków, wydawał rozkazy bojówkom Hutu i był znany w stolicy Rwandy - Kigali jako "oprawca". (PAP)