Grupa mieszkańców Korsz protestowała przez dwie godziny przy drodze krajowej we wsi Bezledy pod Bartoszycami, osiem kilometrów od przejścia granicznego z obwodem kaliningradzkim. Przechodzili przez jezdnię po pasach dla pieszych, co jakiś czas przepuszczając samochody.
Mieli ze sobą transparenty, m.in. z napisami: "Precz z ołowiem" i "Mazury to nie Zagłębie Ruhry". Na miejscu protestu pojawiło się też kilkunastu zwolenników dalszego funkcjonowania zakładu utylizacji akumulatorów.
O sobotnim zgromadzeniu organizatorzy uprzedzili miejscowy urząd gminy. Według policji, protestujący podporządkowywali się poleceniom funkcjonariuszy. "Protest odbywał się spokojnie, nie doszło do żadnych incydentów" - mówiła PAP sierż. Beata Patecka z policji w Bartoszycach.
Według rzeczniczki warmińsko-mazurskiej straży granicznej Justyny Szubstarskiej, protest nie wpłynął na płynność ruchu na przejściu granicznym w Bezledach.
Jak powiedział PAP jeden z liderów protestujących i b. burmistrz Korsz Henryk Rechinbach, początkowo planowali oni blokadę ciągnikami rolniczymi dojazdu do granicy, ale ostatecznie wybrali "łagodniejszą formę" nagłośnienia swoich postulatów.
Protestujący od blisko dwóch lat domagają się zamknięcia zakładu utylizacji akumulatorów w Korszach należącego o spółki ZAP Sznajder Batterien, który - ich zdaniem - emituje niebezpieczne związki ołowiu. Dlatego przed rokiem powołali Komitet na Rzecz Ochrony Środowiska i Zdrowia Mieszkańców Miasta Korsze.
Na miejsce sobotniego protestu wybrali Bezledy, bo - jak twierdzą - zakład utylizacyjny może oddziaływać również na tereny po drugiej stronie granicy i chcieli uświadomić to mieszkańcom i władzom obwodu kaliningradzkiego.
Protestujący podważają legalność funkcjonowania zakładu i zarzucają bezczynność instytucjom odpowiedzialnym za nadzór nad nim.
"Zgłaszaliśmy ten problem wszystkim urzędom, ale okazuje się, że nic nie daje się zrobić. Mamy wrażenie że nasze państwo pozbawiło mieszkańców Korsz wszelkich praw i pozwala, żebyśmy byli truci" - stwierdził Rechinbach.
Protesty w Korszach nasiliły się pod koniec ub. roku. W związku z licznymi skargami lokalny samorząd postanowił sfinansować mieszkańcom badania krwi na zawartość ołowiu. Władze miasta informowały potem, że badania wykazały przekroczone normy zawartości ciężkiego metalu u 36 mieszkańców, w tym 18 dzieci.
Na początku tego roku kętrzyński Sanepid wstrzymał produkcję w zakładzie w związku z przekroczeniem norm na obecność ołowiu we krwi u kilku pracowników. Decyzję uchylił po dwóch miesiącach wojewódzki Sanepid, gdy zakład przedstawił dowody, że na stanowiskach produkcyjnych nie ma już takich przekroczeń.
W marcu Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska nałożył na zakład karę 100 tys. zł, uznając, że naruszono przepisy, dotyczące warunków składowania związków ołowiu. Z powodu błędów proceduralnych decyzja została jednak uchylona przez Generalnego Inspektora Ochrony Środowiska.
Urząd Marszałkowski w Olsztynie prowadzi postępowanie dotyczące cofnięcia tzw. pozwolenia zintegrowanego dla zakładu w Korszach. Pozwolenie zintegrowane to decyzja administracyjna, która jest formą licencji na prowadzenie działalności przemysłowej, określająca poziom oddziaływania np. instalacji przemysłowej zakładu na środowisko.
Od lutego śledztwo w sprawie zakładu utylizacji akumulatorów prowadzi Prokuratura Okręgowa w Olsztynie. Bada ona, czy zakład nie naraził pracowników na pracę w szkodliwych warunkach spowodowanych wysokim poziomem ołowiu.
Obaw protestujących nie potwierdził raport o oddziaływaniu zakładu w Korszach na środowisko i zdrowie mieszkańców, wykonany przed ponad miesiącem przez Instytut Medycyny Pracy w Łodzi na zlecenie Powiatowego Inspektora Sanitarnego w Kętrzynie. Raport oparto na wynikach badań 116 mieszkańców, w tym dzieci oraz kilkunastu pracowników i członków ich rodzin. Nie wykazały one "istotnie podwyższonych stężeń ołowiu we krwi" badanych osób.
Autorzy raportu napisali natomiast, że w związku z istnieniem zakładu władze miasta i województwa oraz instytucje odpowiedzialne za ochronę środowiska i zdrowia powinny opracować programy obejmujące opieką i kontrolą mieszkańców Korsz, zwłaszcza dzieci.
"Niezmiernie ważne jest opracowanie i wprowadzenie w życie programu edukacyjnego wyjaśniającego potencjalne źródła narażenia jak i sposoby prewencji przeciwko narażeniom środowiskowym" - zaznaczyli.
Przedstawiciele ZAP Sznajder Batterien S.A. od początku protestów zapewniają, że zakład w Korszach ma "wszelkie certyfikaty świadczące o spełnieniu najsurowszych norm środowiskowych" i był wielokrotnie kontrolowany przez Sanepid i Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska.
W gminie Korsze mieszka 11 tys. osób, a stopa bezrobocia sięga tam ok. 30 proc. Miejscowy zakład recyklingu akumulatorów działa od 2011 r. i zatrudnia 40 pracowników. (PAP)