"Chcemy lepszego życia dla naszych dzieci, nie chcemy emigrować!", "Precz z protokołem paryskim, precz z wyższymi podatkami", "Salam Fajad to bohater wielkich korporacji" - głosiły hasła trzymane przez protestujących w Betlejem.

W poniedziałek przez Zachodni Brzeg przetoczył się strajk generalny kierowców, który był kulminacją trwających od kilku dni mniejszych protestów. W niedzielę kierowcy zablokowali ciężarówkami ulice prowadzące do głównego placu w Ramallah.

"Zarabiam 300 dolarów miesięcznie, za to nie da się utrzymać rodziny" - krzyczał jeden z kierowców na placu. Kilkudziesięciu protestujących wzywało, by ze stanowiska ustąpił nie tylko palestyński premier Salam Fajad, na którym dotychczas skupiała się złość protestujących, ale też prezydent Mahmud Abbas.

Według szefa związku zawodowego pracowników transportu publicznego Nasera Junisa, w strajku bierze udział 24 tys. osób - podała palestyńska agencja informacyjna Maan.

Betlejem opustoszało w dużym stopniu, i tylko nieliczne taksówki jeździły ulicami. Jedno z głównych skrzyżowań miasta było zablokowane ciężarówkami, a według naocznych świadków ponad sto osób protestowało na miejscu. Taufik As-Sarka, z wykształcenia nauczyciel arabskiego, z zawodu taksówkarz w Betlejem, skarżył się w rozmowie z PAP, że ponad połowa jego zarobku idzie na benzynę. Mimo że benzyna jest subsydiowana z budżetu władz Autonomii Palestyńskiej, w ostatnich tygodniach cena została podniesiona o 5 proc.

Dodatkowo sytuację społeczeństwa pogorszyło podniesienie podatku VAT z 16 do 17 proc. przez Izrael. Autonomia Palestyńska i Izrael są związane unią celną na mocy protokołu paryskiego, podpisanego przy okazji porozumień pokojowych z Oslo. Dlatego, gdy rząd Izraela podnosi VAT, to samo musi robić rząd w Ramallah, mimo ogromnych różnic w poziomie życie Palestyńczyków i Izraelczyków.

Budżet władz AP świeci pustkami - rząd jest zadłużony już na blisko trzy miliardy dolarów. Izraelska firma, która dostarcza prąd na Zachodni Brzeg, grozi odcięciem dostaw z powodu 80 milionów dolarów długu. A w niedzielę wieczorem palestyński minister finansów Nabil Kassis zapowiedział, że pracownicy państwowi dostaną w środę tylko częściową pensję za sierpień.

Podczas sobotniej konferencji prasowej Mahmud Abbas powiedział, że strajki przeciwko rosnącym cenom są uprawione, a winą za kryzys finansowy AP obarczył Izrael i kraje arabskie, które nie wypłaciły obiecanej Palestyńczykom pomocy.

"Ceny rosną na całym świecie, ale tutaj to jest bardziej skomplikowane, bo gospodarka jest zdominowana przez sytuację polityczną. By naprawić gospodarkę - potrzebujemy najpierw zmienić sytuację polityczną. Palestyńczycy są w pewnym sensie zakładnikami Izraela. Palestyński rząd nie kontroluje granic, więc nie kontroluje handlu; nie kontroluje polityki monetarnej, bo waluta jest izraelska, nie ma żadnych narzędzi, by realnie kontrolować gospodarkę" - powiedziała w rozmowie z PAP Samija Botmeh, dyrektorka Centrum Studiów Rozwojowych na Uniwersytecie w Bir Zeit.

Z Betlejem Ala Qandil (PAP)

aqa/ kot/