Sąd Okręgowy w Gliwicach, przed którym od sześciu lat toczy się proces w sprawie tragedii w Halembie, we wtorek kontynuował wysłuchiwanie mów końcowych. Tego dnia – przez blisko cztery godziny – przemawiał obrońca Kazimierza D. mec. Krystian Ślązak.
B. dyrektor jest najważniejszym w hierarchii górniczej oskarżonym w tej sprawie. Gliwicka prokuratura zarzuciła mu sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia górników, co skutkowało śmiercią 23 osób. Według śledczych, w listopadzie 2006 r. wiedział o przekroczeniu dopuszczalnych stężeń metanu w kopalni, tolerował też brak profilaktyki w zakresie zwalczania zagrożenia wybuchem pyłu węglowego i zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Mimo to zlekceważył alarmujące dane i nie nakazał przerwania prac likwidacyjnych ponad tysiąc metrów pod ziemią. Oskarżenie chce wymierzenia mu kary 7 lat więzienia.
Mec. Ślązak uważa, że nie ma żadnego dowodu winy jego klienta. Przekonywał sąd, że dyrektor wcale nie „polecił” – jak przyjęła prokuratura – lecz „zezwolił” na prowadzenie prac likwidacyjnych, które na zlecenie kopalni wykonywał zewnętrzna firma Mard. W opinii obrońcy, to rozróżnienie ma kluczowe znaczenie dla oceny prawnej całej sytuacji. Zezwalając na likwidację ściany wydobywczej dyrektor przeniósł istotną część odpowiedzialności za prowadzone w tym rejonie prace, choć w dalszym ciągu odpowiadał za funkcjonowanie kopalni – mówił obrońca.
Według adwokata podpisany przez D. projekt techniczny likwidacji ściany był kontrolowany przez nadzór górniczy i, choć kilka razy modyfikowany, nie był kwestionowany. Zaznaczył, że wszyscy w kopalni mieli świadomość panujących w niej zagrożeń naturalnych i każdy pracownik powinien wiedzieć jak zachować się w przypadku przekroczenia dopuszczalnego stężenia metanu. Obrońca przekonywał, że jego klient nie mógł decydować o wycofaniu załogi z zagrożonego rejonu, bo sam tam nie przebywał, a o niebezpiecznych stężeniach gazu dowiadywał się już po fakcie, ze składanych mu raportów.
D. nie może ponosić odpowiedzialności za działania, na które nie miał wpływu i o których nie wiedział – podkreślił Ślązak. Według niego przewietrzanie rejonu ściany było właściwe, nie było też nieprawidłowości w zakresie neutralizowanie pyłu węglowego.
Tezę prokuratury, że po przekroczeniu dopuszczalnego stężenia metanu dyrektor polecił skrócić linię chromatograficzną (za pomocą której badany jest skład kopalnianej atmosfery) i zeznania świadka, który to potwierdził, obrońca uznał za „oczywistą manipulację”. Nie zgodził się też z prokuratorem, że D. wywierał na podwładnych presję, by prace likwidacyjne były prowadzone intensywniej. Dowodził, że dyrektor chciał, by prace zakończyły się jak najszybciej, bo miał świadomość zagrożeń.
Adwokat kwestionował też ustalenia przedstawicieli nadzoru górniczego, którzy badając przyczyny tragedii wskazali na wiele nieprawidłowości w kopalni. W jego opinii niektórzy eksperci górniczy, którzy się na ten temat wypowiadali byli sędziami we własnej sprawie, „owoc prac komisji jest co najmniej nieświeży”, a powypadkowy raport jest „nieprzydatną makulaturą”. Podobnie adwokat ocenił wkład prokuratora, który według niego wykonał „gigantyczną, ale bezwartościową pracę”.
W ocenie mec. Ślązaka wpływ na sytuację prawną jego klienta miał czas, w którym wydarzyła się tragedia – czas walki z „układem”. „Trzeba było sięgnąć po dyrektora, a nie tylko sztygarów czy nadsztygarów. To pozwoliło odtrąbić sukces (…) To pozwoliło przekonać opinię publiczną, że słynny +układ+ zagnieździł się również w kopalni” – powiedział Ślązak. „Polityka przemówiła w tej sprawie. Wiemy, kto wówczas był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym (Zbigniew Ziobro – PAP)” – dodał i argumentował, że po kolejnej tragedii, w kopalni Wujek-Śląsk nie formułowano już podobnych zarzutów.
Wtorkowe posiedzenie było drugim, na którym sąd wysłuchiwał końcowych wystąpień stron. Przed tygodniem przed swą mowę wygłosił prokurator, który zażądał 7 lat więzienia dla byłego dyrektora kopalni Kazimierza D. i 8 lat pozbawienia wolności – także bez zawieszenia - dla b. szefa działu w wentylacji w Halembie Marka Z. Chce też, by sąd na kilka zakazał im sprawowania funkcji związanych z bezpieczeństwem w górnictwie. Dla pozostałych 15 oskarżonych prokuratura chce kar więzienia w zawieszeniu i grzywny.
Kolejna rozprawa 2 grudnia. Wtedy przed sądem mają wystąpić kolejni obrońcy.
Jak ustaliły prokuratura i nadzór górniczy, kierujący kopalnią przyzwalali w niej na łamanie przepisów i zasad sztuki górniczej. Najpoważniejsze zarzuty ciążą na byłym głównym inżynierze wentylacji kopalni i kierowniku jej działu wentylacji Marku Z. Odpowiada on m.in. za sprowadzenie katastrofy, w której zginęli górnicy. Były dyrektor Halemby Kazimierz D. jest oskarżony o sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia górników, co skutkowało śmiercią 23 osób. Jemu i Markowi Z. grozi do 12 lat więzienia.
Zarzuty stawiane pozostałym oskarżonym dotyczą m.in. sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy, narażenia górników na utratę życia lub ciężki uszczerbek na zdrowiu oraz niedopełnienia przepisów bezpieczeństwa i fałszowania dokumentów. O te przestępstwa podejrzani są zarówno pracownicy Halemby, jak i firmy Mard, która na zlecenie kopalni wykonywała prace pod ziemią.
Szefowi Mardu Marianowi D. prokuratura zarzuciła niedopełnienie obowiązków w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy oraz sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia górników w okresie poprzedzającym tragedię, za co grozi mu do 8 lat więzienia.
Niespełna trzy lata po katastrofie w Halembie w polskim górnictwie doszło do kolejnego wypadku. 18 września 2009 r. w kopalni Wujek-Śląsk zginęło 20 górników, a 37 zostało rannych. Wątek dotyczący samej katastrofy katowicka prokuratura umorzyła, nie dopatrując się związku pomiędzy zachowaniem człowieka, a zapaleniem się i wybuchem metanu. Dopatrzyła się jednak nieprawidłowości, do których dochodziło w kopalni przed katastrofą. Oskarżyła o nie 56 osób, zarzucając im m.in. sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia pracowników. (PAP)