We wtorek sąd wysłuchiwał „ostatniego słowa” oskarżonych. Jeden z nich z powodu choroby nie mógł stawić się na rozprawie. Ma przemawiać właśnie 8 stycznia. Później sąd powinien ogłosić wyrok. Nie wiadomo, czy nastąpi to jeszcze tego samego dnia.
Katastrofa w Halembie była największą tragedią w polskim górnictwie od blisko 30 lat. Doszło do niej 21 listopada 2006 r. podczas likwidowania ściany wydobywczej 1030 m pod ziemią. W głównym procesie łamanie przepisów i zasad sztuki górniczej prokuratura zarzuca 17 mężczyznom.
Oskarżeni – podobnie jak wcześniej ich obrońcy – twierdzili, że są niewinni. Prosili o uniewinnienie lub „sprawiedliwy wyrok”.
Jako pierwszy przemawiał b. główny inżynier ds. wentylacji kopalni i kierownik jej działu wentylacji Marek Z., na którym ciążą najpoważniejsze zarzuty – sprowadzenia katastrofy. Prokuratura chce wymierzenia mu kary 8 lat więzienia. W kilkudziesięciominutowym wystąpieniu powiedział m.in., że zarzuty opierają się tylko na części materiału dowodowego, nie uwzględniając korzystnych dla niego okoliczności.
Przekonywał, że zarówno oskarżenie, jak i eksperci badający przyczyny katastrofy nie wskazali jednoznacznej przyczyny wybuchu, a jedynie możliwe hipotezy. Jego zdaniem wskazują one na losowy charakter przyczyn wypadku.
Z. uważa, że przewietrzanie rejonu ściany wydobywczej i profilaktykę w zakresie zagrożenia wybuchem pyłu węglowego prowadzono zgodnie z przepisami. Prace likwidacyjne prowadzono zgodnie ze wskazaniami kopalnianego zespołu ds. zagrożeń, a rejon był kilkakrotnie kontrolowany – dodawał.
„Nie jestem winny i nie czuję się winny tego, co się stało” - oświadczył przed sądem b. dyrektor kopalni Halemba Kazimierz D. Jest on najwyżej postawioną w górniczej hierarchii osobą, która usłyszała w tej sprawie zarzuty. Prokuratura oskarżyła go o sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia górników, co skutkowało śmiercią 23 osób i zażądała dla niego 7 lat więzienia.
B. dyrektor przekonywał, że w całej jego karierze w górnictwie bezpieczeństwo pracowników było dla niego naczelną zasadą. „Życie ludzkie było i jest dla mnie najwyższą wartością” – oświadczył. Wyraził w swoim wystąpieniu nadzieję, że sąd wskaże prawdziwe przyczyny katastrofy – czy było to zdarzenie losowe, czy też doszło do niej na skutek winy człowieka, a jeśli tak, to na którym etapie.
D. przypomniał, że był to kolejny tragiczny wypadek w Halembie, znanej z wysokiego zagrożenia metanowego. Oskarżony podkreślał, że badający okoliczności wybuchu eksperci nie wskazali, dlaczego do niego doszło. Prokuratorski zarzut – że przełożeni dopuścili się „zamachu” na życie górników - uważa za niedorzeczny.
B. dyrektor wyraził nadzieję, że proces przyczyni się do wprowadzenia w życie nowych przepisów, zakazujących prowadzenia prac w pobliżu zagrożenia metanowego. Tylko dzięki temu – przekonywał – będzie można ograniczyć liczbę wypadków. Na koniec swego wystąpienia oddał hołd i wyraził współczucie rodzinom ofiar.
Także pozostali oskarżeni stoją na stanowisku, że działali zgodnie z przepisami i zasadami sztuki górniczej. Przekonywali, że nie ma dowodów pozwalających przypisać im winę. Wyrażali współczucie rodzinom ofiar. „Sam straciłem w tym wypadku 14 kolegów. Ale takie jest górnictwo” – powiedział jeden z podsądnych.
Proces ruszył w listopadzie 2008 r. Sprawa była rozpoznawana na blisko 150 terminach rozpraw, na których przesłuchano 349 osób. Zgromadzono 66 tomów akt. Na ławie oskarżonych zasiada 17 mężczyzn, którym prokuratura zarzuca łamanie przepisów i zasad sztuki górniczej.
Cztery tygodnie temu swą mowę wygłosił prokurator, który zażądał 7 lat więzienia dla Kazimierza D. i 8 lat pozbawienia wolności – także bez zawieszenia - dla b. szefa działu w wentylacji w Halembie Marka Z. Chce też, by sąd na kilka lat zakazał im sprawowania funkcji związanych z bezpieczeństwem w górnictwie. Dla pozostałych 15 oskarżonych prokurator domaga się kar od pół roku do dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu. Chce też, by sąd wymierzył im grzywny.
Wszyscy występujący przed sądem obrońcy wnieśli o uniewinnienie swoich klientów. Ich zdaniem, w aktach sprawy brak jest wystarczających dowodów do skazania. Przekonywali, że oskarżeni działali w granicach prawa oraz że padli ofiarą pomówień i szukania dowodów na siłę. Adwokaci wyrażali też opinię, że oskarżeni stali się ofiarami walki z „układem”, kiedy ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym był Zbigniew Ziobro.
Jak ustaliły prokuratura i nadzór górniczy, kierujący kopalnią przyzwalali w niej na łamanie przepisów i zasad sztuki górniczej. Najpoważniejsze zarzuty ciążą na byłym głównym inżynierze wentylacji kopalni i kierowniku jej działu wentylacji Marku Z. Odpowiada on m.in. za sprowadzenie katastrofy, w której zginęli górnicy. Były dyrektor Halemby Kazimierz D. jest oskarżony o sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia górników, co skutkowało śmiercią 23 osób.
Zarzuty stawiane pozostałym oskarżonym dotyczą m.in. sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy, narażenia górników na utratę życia lub ciężki uszczerbek na zdrowiu oraz niedopełnienia przepisów bezpieczeństwa i fałszowania dokumentów. O te przestępstwa podejrzani są zarówno pracownicy Halemby, jak i firmy Mard, która na zlecenie kopalni wykonywała prace pod ziemią.
Szefowi Mardu Marianowi D. prokuratura zarzuciła niedopełnienie obowiązków w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy oraz sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia górników w okresie poprzedzającym tragedię, za co grozi mu do 8 lat więzienia.
Niespełna trzy lata po katastrofie w Halembie w polskim górnictwie doszło do kolejnego wypadku. 18 września 2009 r. w kopalni Wujek-Śląsk zginęło 20 górników, a 37 zostało rannych. Wątek dotyczący samej katastrofy katowicka prokuratura umorzyła, nie dopatrując się związku pomiędzy zachowaniem człowieka, a zapaleniem się i wybuchem metanu. Dopatrzyła się jednak nieprawidłowości, do których dochodziło w kopalni przed katastrofą. Oskarżyła o nie 56 osób, zarzucając im m.in. sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia pracowników. (PAP)