"Mamy strajk generalny, bierze w nim udział blisko 90 proc. (pracowników Rady UE). Pracują zewnętrzni eksperci i osoby z nakazem (pracy)" - wyjaśnił dziennikarzom przewodniczący największego związku unijnych urzędników Union Syndicale, Guenther Lorenz.

Pracownicy, którzy pozostali we wtorek w siedzibie Rady, obsłużyli ważną konferencję ws. przyszłości Mali i przygotowania do czwartkowo-piątkowego szczytu UE; będzie on poświęcony budżetowi UE na lata 2014-2020.

Ponadto w ramach protestu pracownicy Rady UE na razie nie biorą nadgodzin i nie pracują w weekendy.

Z pracownikami Rady UE solidaryzowali się urzędnicy z Komisji Europejskiej. Mimo że pracowali we wtorek, to w czasie lunchu ok. 300 osób wyszło na plac przed KE, by dołączyć do protestu przeciwko spodziewanym dalszym redukcjom w unijnym budżecie na administrację.

"Chcemy silnej Europy, chcemy, żeby integracja postępowała, ale chcemy też, żeby administracja publiczna była neutralna i kompetentna. (...) Protestujemy przeciwko dalszym cięciom" - mówił PAP dr Antonio Lacerda De Queiroz główny doradca z dyrekcji generalnej odpowiedzialnej za przedsiębiorstwa i przemysł w KE.

Zwrócił uwagę, że przy polityce zmniejszania budżetu administracji możliwość rekrutowania uzdolnionych specjalistów z dobrym wykształceniem będzie ograniczona. Jego zdaniem już teraz ciężko przyciągnąć do pracy w UE wykwalifikowany personel z takich krajów jak Niemcy, czy Wielka Brytania, bo sektor prywatny oferuje lepsze warunki.

Jak dodał, na cięciach szczególnie ucierpią pracownicy z krajów, które stosunkowo niedawno dołączyły do UE, bo zablokowane zostaną możliwości ich awansu i tym samym wyższych zarobków.

Z kolei Lorenz podkreślał, że unijni urzędnicy sprzeciwiają się nie tylko głębokim cięciom w administracji, ale przeciwko głębokim cięciom w całym budżecie UE. "Walczymy o projekt europejski, zachowanie europejskiej konstrukcji. Ludzie tacy jak David Cameron (premier Wielkiej Brytanii) chcą ogromnych oszczędności, które dotkną najbiedniejsze kraje (w UE), ponieważ jeśli płatnicy netto (do budżetu UE) będą płacić mniej, najbiedniejsze kraje otrzymają mniej" - wyjaśnił. Dodał, że jeśli uzgodnione na szczycie UE cięcia będą "rozsądne", urzędnicy je zaakceptują, ale nie zgodzą się, jeśli dodatkowe cięcia wyniosą np. 5 mld euro ponad propozycję KE.

Po długich negocjacjach ze związkami zawodowymi, KE przyjęła w połowie grudnia 2011 r. propozycje reformy statusu funkcjonariuszy unijnych, proponując cięcia, które dadzą 1 mld euro oszczędności w administracji UE do 2020 r. Aż 17 państw UE oceniło wówczas, że to o wiele za mało, jednak dotąd kraje UE (Rada UE) nie osiągnęły wspólnego stanowiska ws. propozycji KE.

W lipcu ub.r. Austria, Dania, Holandia, Finlandia, Niemcy, Francja, Szwecja oraz Wielka Brytania w liście do KE zwróciły się o opracowanie scenariusza cięć w administracji o 5, 10 lub 15 mld euro w latach 2014-2020. Najgłośniej ograniczenia wydatków na administrację domaga się Londyn, który chce, by cięcia wyniosły 6 mld euro.

Na pensje 55 tys. urzędników przeznaczona jest mniej niż połowa unijnych wydatków na administrację. Miesięczne zarobki urzędników wahają się od 2,6 tys. euro dla świeżo zatrudnionej sekretarki do ponad 18 tys. euro brutto dla najwyższych rangą dyrektorów generalnych i ich zastępców. Ponad 20 tys. euro na miesiąc zarabiają komisarze i sędziowie Trybunału UE. Osobną kategorią stanowią tzw. pracownicy kontraktowi, zatrudniani na czas określony (stanowią prawie 20 proc. wszystkich zatrudnionych); zarabiają znacznie mniej: od 1850 do 6 tys. euro brutto.

Z Brukseli Julita Żylińska i Krzysztof Strzępka