Nagranie wideo: http://www.x-news.pl/#footageId=224750

PAP: Pani minister, dlaczego w wyborach samorządowych warto głosować na kobiety?

Małgorzata Fuszara: Przede wszystkim dlatego, że zrównoważony udział kobiet i mężczyzn we władzy daje lepsze efekty w zarządzaniu dla nas wszystkich. To nie jest obojętne, kto zasiada we władzach, na pewno nie jest obojętne pod względem płci. W dzisiejszych czasach najczęściej przywołuje się argument innych doświadczeń, które mają kobiety i mężczyźni z racji tego, że trochę co innego robimy, w co innego jesteśmy zaangażowani, w innych miejscach pracujemy, inne nas spotykają życiowe sytuacje. I jeśli kobiet nie ma tam, gdzie podejmuje się decyzje, to znaczy, że połowa społeczeństwa nie jest reprezentowana podczas podejmowania decyzji. I to jest trochę jak powiedzenie połowie społeczeństwa: twoje doświadczenie nie jest ważne, liczy się doświadczenie mężczyzn przy podejmowaniu decyzji. Myślę, że nikt nie miałby odwagi tak właśnie otwarcie powiedzieć połowie społeczeństwa, czyli wszystkim kobietom.

Warto też powiedzieć, że są badania, głównie z obszaru biznesu, ale je można przenieść na sytuacje polityczne, które mówią, że znacznie lepsze wyniki osiągają te podmioty, gdzie zarządzanie jest zróżnicowane, także pod względem płci. W czasie kryzysu okazało się to być bardzo ważnym wyznacznikiem, które firmy sobie lepiej poradziły, a które gorzej. Zdecydowanie lepiej radziły sobie te, które miały najbardziej zróżnicowane zarządy. Podobnie jest z samorządami – te, którymi kobiety zarządzają, są w lepszej sytuacji, a najlepsza sytuacja jest wtedy, gdy zarządzają kobiety i mężczyźni razem.

PAP: Od kilku lat obowiązują 35-procentowe kwoty na listach wyborczych. Czy monitoruje Pani, jak partie przestrzegają tego zapisu, czy usiłują go w jakiś sposób omijać?

M.F.: Partie muszą spełniać ustawowe wymogi, inaczej lista nie może być zarejestrowana. Problemem jest to, że stosują różne inne techniki, które sprawiają, że mimo tego ustawowego wymogu 35-procentowej reprezentacji na listach, kobiety nadal nie są traktowane fair.

Jeden z takich sposobów to umieszczanie kobiet na określonych miejscach na listach wyborczych. Nie można oczekiwać sukcesu, jeśli kobiety są zakleszczane w środku listy. W Polsce, podobnie jak na całym świecie, wysoko premiowane są pierwsze miejsca, ponieważ często odruchowo wyborcy głosują na jedynki. Pewien bonus wiąże się czasem też z ostatnimi miejscami, ponieważ to są miejsca widoczne. Natomiast jeśli ktoś jest gdzieś w środku listy, to wyłuskanie go, robienie mu kampanii wyborczej – nawet jeśli jest to osoba o dużych zasługach – jest bardzo trudne.

Druga taka bariera, która bardzo wyraźnie wskazuje na nierówność, to sposób, w jaki partie i komitety wyborcze konstruują programy promujące kandydatów i kandydatki. Audycje przedwyborcze, które badałam jeszcze jako profesorka, prowadząc pracę naukową, bardzo wyraźnie pokazywały, że znacznie trudniej mają w kampaniach wyborczych kobiety. Dostają znacznie mniej czasu antenowego, zwłaszcza tego, który jest dla komitetów bezpłatny, mężczyznom przydziela się go znacznie więcej. Znacznie więcej przydziela się mężczyznom pieniędzy, znacznie częściej mężczyźni biorą udział w wydarzeniach promujących kandydatów.

Kobiety w wyborach trafiają na bardzo dużo barier instytucjonalnych, czyli takich, które stawiane są przed kobietami przez zdominowane przez mężczyzn struktury. Kampanie konstruowane są w taki sposób, aby mężczyźni zostali ponownie wybrani, albo żeby były wybrane osoby podobne do nich – a wiec inni mężczyźni.

PAP: Czy tzw. ustawa suwakowa – która wprowadziłaby obowiązek umieszczenia na przemian na listach wyborczych kobiet i mężczyzn - mogłaby tym problemom zaradzić? Pracuje nad nią Sejm.

M.F.: Ustawa suwakowa pomaga w przełamywaniu problemu instytucjonalnej nierówności. Jeszcze raz chcę powiedzieć, że takie rozwiązania jak kwoty na listach wyborczych, nie są promowaniem kobiet, ale są znoszeniem promowania mężczyzn. Są próbą wyrównania szans kobiet i mężczyzn, poprzez odebranie pewnych przywilejów, które mają mężczyźni z tego względu, że dłużej są w polityce, dlatego że zgodnie z psychologicznymi mechanizmami na następców poszukuje się osób podobnych do tych, które już są. Mechanizm suwakowy jest o tyle pomocny, że część tych barier przed równością znosi. Jeśli by to była naprzemienność na listach wyborczych, to by oznaczało, że nie można już wszystkich kobiet zakleszczyć w środku listy.

Skuteczność tego mechanizmu pokazuje porównanie z ostatnich wyborów parlamentarnych pomiędzy PO a innymi partiami. PO ma taki mechanizm, że stosuje określone proporcje w pierwszej trójce, gdzie przynajmniej jedna osoba musi być innej płci niż dwie pozostałe i pierwszej piątce, gdzie jest proporcja trzy do dwóch. I PO jako jedyna wprowadziła do Sejmu prawie 35 proc. kobiet, czyli prawie tyle, ile wynosi kwota na listach, podczas gdy pozostałe partie wprowadziły znacząco mniejszy odsetek kobiet.

Trzeba pamiętać, że ta naprzemienność sprawdza się w przypadku partii wprowadzającej wiele osób – np. do rady czy do parlamentu. Jeśli partia wprowadza niewiele osób, decydujące jest to, kto jest na pierwszym miejscu, a to jest trudne do ustawowego uregulowania. Chociaż w systemach większościowych, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii Partia Pracy tak robi, są takie wewnętrzne regulacje dotyczące doboru okręgów parami, gdzie w jednym jest kobieta, a w drugim mężczyzna. Czyli są próby rozwiązania także tego problemu.

PAP: Jakie jeszcze „triki” stosują partie, by zmniejszyć szanse kobiet na sukces w wyborach?

M.F.: Jednym z takich trików, stosowanym również w innych krajach, jest wystawianie kobiet tam, gdzie mają niewielkie szanse na wybór, np. w okręgach, gdzie dana partia nigdy nie miała żadnego reprezentanta. Kolejnym sposobem, stosowanym raczej w wyborach parlamentarnych, jest wykorzystywanie tego, że w okręgach wyborczych liczą się siły powiatów, a są powiaty silne i powiaty słabe. I zdarza się, że partie tak układają listy, żeby kobiety były tylko z tych powiatów słabych. Znalazłam nawet takie dość perfidne zagrywki, kiedy - żeby wypełnić 35-procentową kwotę - umieszczano na listach kobiety z tego samego, słabego powiatu, aby musiały ze sobą konkurować o głosy tych samych wyborców, a mężczyźni zapewnili sobie miejsca z takich powiatów, które są silne i z których nie mieli żadnej konkurencji.

To są sposoby, jakimi próbuje się nie dopuścić do zrealizowania celu, jaki stoi za kwotami, bo pamiętajmy, że tym celem jest równość szans.

W kampaniach wyborczych są również różne trudne dla kobiet sytuacje, myślę, że one często odstraszają kobiety od kandydowania. Wobec kobiet często stosuje się – nieproporcjonalnie częściej niż w stosunku do mężczyzn - „brudne triki” i prowadzi się tzw. czarną kampanię, która często nawiązuje do spraw prywatnych. Kobiety często obwiniane są np. o zaniedbywanie życia rodzinnego. Pamiętam sytuację, która mnie uderzyła, że kobieta będąca matką niepełnosprawnego dziecka była oskarżana, że na pewno się nim źle zajmuje, a jeśli zostanie wybrana, będzie pod tym względem jeszcze gorzej. Jej doświadczenie jako matki niepełnosprawnego dziecka byłoby na tym stanowisku bardzo ważne. Tymczasem jej unikalne doświadczenie i wiedza zostały obrócone przeciwko niej. Myślę, że nikt nigdy nie użyłby takiego argumentu wobec ojca dziecka niepełnosprawnego, bo z jednej strony uznaje się, że jest osobą zajmującą się dzieckiem jest matka, z drugiej strony nikt nie odważyłby się mężczyzny w ten sposób zaatakować.

Rozmawiała Agata Kwiatkowska (PAP)

Wybory samorządowe 2014 - zobacz listę gotowych do pobrania wzorów wyborczych>>>