PAP: Samorządowe unie personalne, co to takiego?

Grzegorz Makowski: To nazwa projektu, w którym chcieliśmy opisać, w jakie role społeczno-zawodowe, zaangażowani są radni samorządowi. Naszym celem było też sprawdzenie, jak profil społeczno-zawodowy radnych przekłada się na strukturę sejmików, rad gminnych i powiatowych. Szukaliśmy też odpowiedzi na pytanie, czy obecność w radzie takich a nie innych radnych, ma jakiś wpływ na lokalną politykę, czy przekłada się na rozwój społeczno-gospodarczy, czy ma wpływ na sytuację organizacji pozarządowych.

PAP: Kim jest zatem przeciętny polski radny?

G.M.: Przeciętny polski radny to osoba pracująca w urzędzie, administracji samorządowej bądź jednostce podległej samorządowi - w szkole, domu kultury, miejskim lub gminnym ośrodku pomocy, społecznej, zakładzie gospodarki komunalnej, itp. To największa grupa radnych. W drugiej kolejności radni to pracownicy różnych firm, samozatrudnieni, właściciele przedsiębiorstw, później emeryci.

PAP: Dlaczego do rad trafiają głównie ludzie związani z administracją?

G.M.: To odzwierciedla ogólny stan naszej lokalnej demokracji - zainteresowanie życiem lokalnym jest niskie. Do rad idą więc ci, którzy są już blisko władzy, pracują w instytucjach samorządowych, wiedzą jak to wygląda, wiedzą też, co można z tego zyskać. Zazwyczaj łatwiej im jest też to poukładać zawodowo. Udział radnych o afiliacjach publicznych jest związany też z upartyjnieniem. Partie często rekrutują kandydatów z lokalnego establishmentu. Uważają - poniekąd słusznie - że tacy radni będą mieli łatwiejsze przełożenie na lokalną politykę. Kandydatom z kolei jest na rękę startować z komitetu partyjnego, bo mogą korzystać z zaplecza, doświadczenia, umocnić swoją pozycję. Jest jeszcze trzeci czynnik - w wielu, zwłaszcza mniejszych miejscowościach sektor publiczny jest po prostu największym pracodawcą. I to też znajduje odzwierciedlenie w składzie rad.

PAP: W raporcie skupiacie się jednak na wielu negatywnych konsekwencjach takiego stanu rzeczy.

G.M.: Bo to osłabia podstawowe funkcje rad. Po pierwsze takie rady nie są w stanie pełnić funkcji kontrolnej wobec administracji, z którą są związani zawodowo. Owszem, istnieją prawne ograniczenia, np. dyrektorzy jednostek podległych samorządowi nie mogą być radnymi, ale już ich zastępcy i pracownicy niższych szczebli tak. Tyle, że to słabe zabezpieczenie. W lokalnych społecznościach od wójta do pracownika szkoły, nauczyciela jest bardzo blisko. Łatwo o różne naciski.

W efekcie radni - mówiąc kolokwialnie - nie będą podskakiwać, nie będą się np. domagać informacji, nie będą kontrolować tak jak powinni, nie będą też pełnić funkcji pasa transmisyjnego między społeczeństwem a władzą, bo nie będzie im na tym zależeć. Jeszcze jedną konsekwencją przewagi urzędników w radach jest to, że jest w nich mniejszy pluralizm - wiadomo, że taka rada będzie się koncentrować na tym, kogo reprezentuje. Przykładowo, zamiast więc np. delegować jakieś funkcje samorządu (np. prowadzenie opieki dla osób starszych) do organizacji pozarządowych będzie jej zależało na zachowaniu miejsc pracy w miejskim urzędzie pomocy społecznej. Zdominowanie rad przez jedną kategorię ma jeszcze taki efekt, że trudniej im wykrzesać z siebie coś więcej, spojrzeć na gospodarkę, trudniej o jakieś innowacje, trudniej być animatorami lokalnego rozwoju.

PAP: Może to też efekt tego, że rady gmin osłabiła bardzo pozycja wójta wybieranego bezpośrednio.

G.M.: To też. Jednak wysokiemu odsetkowi radnych o afiliacjach publicznych - szczególnie na poziomie województwa - towarzyszy bardzo mocne upartyjnienie. A niestety często interes partyjny nie jest tożsamy z interesem lokalnym. Od lat mamy np. dyskusję o przekopaniu Mierzei Wiślanej, której sprzeciwia się część lokalnej społeczności. To typowa sytuacja, w której lokalny interes zderza się z interesami partii parlamentarnych.

PAP: Dla partii to jednak bardzo wygodna strategia - móc dysponować miejscami na listach wyborczych.

G.M.: W ten sposób budują swoje struktury, mogą wiązać na różne sposoby kandydatów, ale mogłoby się to odbywać w bardziej konstruktywny sposób niż te nasze dane pokazują.

PAP: Czyli jaki? Co można zrobić, żeby kształt rad był inny?

G.M.: Warto głosować na kandydatów pozapartyjnych. Nie dlatego, że partie są z gruntu złe, tylko dlatego, że u nas nie bardzo chcą wpływać na to, żeby lokalna polityka była lepsza. A co do tego, co mogłyby robić partie - wolałbym, żeby nie rekrutowały kandydatów z instytucji samorządowych, ale żeby włożyły trochę więcej wysiłku w namawianie do startu ze swoich list innych kandydatów - przedsiębiorców, artystów, społeczników. Partie mogłyby odgrywać taką rolę, mają struktury, pieniądze, ludzi. Ale nie mają chęci. Skoro więc partie nie chcą tego robić, to pozostają organizacje pozarządowe. Fundacja Batorego od lat prowadzi program Masz Głos, Masz Wybór, program, który zachęca i do partycypacji w wyborach, i do startowania pozapartyjnych kandydatów. To jest też robota edukacyjna na lata. Nie widzę przeszkód, żeby zaangażowały się w to rząd, MAC, prezydent. Trzeba namawiać lokalnych graczy, żeby się angażowali w politykę - przedsiębiorców, organizacje pozarządowe.

PAP: Poza edukacją proponują państwo zmiany w prawie.

G.M.: Sondaże pokazują, że wzrasta zainteresowanie niepartyjnymi kandydatami, ale pewnie zmiany szybko nie nastąpią. A jeśli tak, to może trzeba zmienić prawo. Rady wyglądają jak wyglądają, w powszechnej ocenie są też dość bierne i nie odbiega to od rzeczywistości. Można byłoby je trochę zaktywizować na przykład zmieniając przepisy tak, by - szczególnie rady gminne - nie były uzależnione od organów wykonawczych, żeby biura obsługi rad miały większą autonomię, radni powinni mieć możliwość zamawiania własnych ekspertyz, korzystania z pomocy prawnej. W tej chwili obsługa prawna rady jest uzależniona od wójta, burmistrza, prezydenta i wcale nierzadkim przypadkiem jest to, że jak wójt chce zamrozić jakąś akcję rady, to zabiera radnym prawnika, albo utrudnia dostęp do niego. I to warto byłoby skorygować. Innym pomysłem jest zapewnienie budżetu dla biura rady. Pieniądze, które wójt ma na swoje biuro polityczne (istniejące obok aparatu urzędników), można by było przenieść na jeden, dwa dodatkowe etaty na obsługę biura rady. W obecnym kształcie ta lokalna demokracja jest zachwiana, nie ma tego co Anglosasi zwą checks and balances. Rada nie ma ani motywacji, ani środków, ani zaplecza do odpowiedniego działania. I nawet przy przewadze radnych urzędniczo-publicznych, gdyby mieli możliwości, mieli by jednak większą autonomię.

PAP: Jedną z państwa propozycji jest zakaz łączenia mandatu radnego z pracą urzędnika.

G.M.: Precyzyjnie mówiąc - zakaz łączenia mandatu radnego z pracą w administracji samorządowej, i to niezależnie na jakim poziomie. To zwiększyłoby apolityczność lokalnych urzędników. To jest zasada dla służby cywilnej i ma żadnego powodu, żeby inaczej było w samorządach. W radach pojawiłoby się natomiast więcej miejsca dla innych. Są jeszcze dalej idące głosy, czy w ogóle nie ograniczyć starania się o mandaty tym, którzy pracują w jednostkach podległych samorządowi. Jestem jednak sceptyczny, bo jednak nie da się uciec od rzeczywistości. Ludzie pracują w MOPS-ach, GOPS-ach domach kultury i często są to główne miejsca pracy. Ale jeśli ktoś pracuje bezpośrednio w urzędzie, to aberracja - w grę wchodzą wówczas targi, mandat za funkcję itd. To byłby wstęp do budowania służby cywilnej na poziomie samorządów.

PAP: O tym słychać od kilku lat i nic się nie dzieje.

G.M.: Może to życzeniowe myślenie, ale z drugiej strony jest wiele krajów (Włochy, Niemcy, Francja) gdzie lokalną administrację obejmują te same przepisy, które stosują się do urzędników na poziomie państwowym. U nas ten rozdźwięk jest ogromny, są inne akty prawne, inne standardy.

(PAP)
 

Wybory samorządowe 2014 - zobacz listę gotowych do pobrania wzorów wyborczych>>>