Na kilkunastu hongkońskich uczelniach wyższych trwa bojkot zajęć. Według gazety "South China Morning Post" udział bierze w nim także ok. 400 wykładowców akademickich i innych przedstawicieli uniwersyteckiego personelu.

Bojkotowi towarzyszą wiece i wykłady otwarte w parku Tamar położonym niedaleko siedziby hongkońskiej administracji. Lokalny nadawca RTHK podaje, że przed szkołami średnimi nastoletni aktywiści rozdawali żółte wstążki (symbol wolnych i demokratycznych wyborów powszechnych) uczniom przychodzącym na lekcje i namawiali ich do bojkotu zajęć w ramach protestu.

Władze Hongkongu zdystansowały się od studenckiej kampanii, ale zapowiedziały, że nie będą interweniować.

Rozpoczęty w poniedziałek protest ma być wstępem do większej akcji zaplanowanej na 1 października. Organizator, grupa Occupy Central, zapowiedziała, że tego dnia urządzi protest siedzący w dzielnicy finansowej Hongkongu, co zdaniem krytyków może spowodować jej paraliż.

Hongkongowi, który w 1997 r. został zwrócony Chinom przez Wielką Brytanię, obiecano szeroki zakres autonomii, w tym politycznej, w ramach ukutej przez byłego przywódcę ChRL Denga Xiaopinga zasady "jeden kraj, dwa systemy". Tymczasem hongkońscy zwolennicy demokracji ostrzegają, że Pekin stara się stopniowo zacieśniać kontrolę polityczną nad regionem.

Jednym z tego przejawów ma być ich zdaniem sposób wybierania szefa lokalnej administracji w 2017 roku. Po raz pierwszy w historii mieszkańcy Hongkongu będą mogli wyłonić szefa administracji w wyborach powszechnych, działacze wskazują jednak, że wybór będzie zawężony do dwóch-trzech kandydatów zatwierdzonych uprzednio przez wierny władzom w Pekinie komitet nominacyjny.

Utrzymywanie kontroli nad domagającym się swoich praw Hongkongiem staje się dla rządu centralnego sporym wyzwaniem - zauważa Reuters. Pekin obawia się, że prodemokratyczne apele w Hongkongu i pobliskim Makau (należącej do Chin dawnej portugalskiej kolonii) rozszerzą się na część kontynentalną kraju, zagrażając władzy partii komunistycznej.

W 2012 r. lokalne władze zrezygnowały z planów włączenia do programu szkół obowiązkowej "edukacji narodowej" pod wpływem kilkudniowych, wielotysięcznych protestów studenckich. Według Reutera, który powołując się na "dobrze poinformowane źródło we władzach", rząd chiński był wówczas wściekły na władze byłej kolonii za ustąpienie przed "bandą rozwydrzonych dzieciaków".

Z opublikowanego w niedzielę sondażu Uniwersytetu Chińskiego w Hongkongu wynika, że co piąty mieszkaniec metropolii (21 proc.) rozważa emigrację z powodu obaw o los demokratycznych reform. Ostatnia fala emigracyjna przeszła przez Hongkong tuż przed powrotem tego regionu do Chin.

Wielu respondentów wyraziło nieufność wobec rządu centralnego, a ponad połowa (53,7 proc.) była zdania, że lokalny parlament (Rada Ustawodawcza) powinien zawetować każdą propozycję, która zakazywałaby szefowi hongkońskiej administracji posiadania poglądów niezgodnych ze stanowiskiem Pekinu. Jednocześnie mniej niż jedna trzecia badanych poparła ruch Occupy Central.

Badanie przeprowadzono z udziałem 1006 osób w dniach 10-17 września.(PAP)

akl/