Źródła unijne przekonywały w środę, że wprawdzie nie ma jeszcze pełnej zgody, ale kwestii spornych między krajami jest coraz mniej. "Jestem przekonany, że znajdziemy porozumienie w czwartek wieczorem lub piątek rano" - mówił zbliżony do rozmów wysoko postawiony eurokrata.

Czytaj też: Europejski System Handlu Emisjami – wszystko o filarze polityki klimatycznej UE

Nie wszyscy podzielali ten entuzjazm. Inny dyplomata z jednego z krajów członkowskich relacjonował, że na wtorkowym wieczornym spotkaniu negocjatorów (z polski był minister ds. europejskich Rafał Trzaskowski i ambasador przy UE) odbył się swego rodzaju teatr, podczas którego każdy trzymał się swoich pozycji. Mimo zapowiedzi sekretariat Rady Europejskiej nie przedstawił kolejnej wersji projektu wniosków (w części dotyczącej klimatu), która miała uwzględniać postulaty państw UE.

Czytaj też: Korolec o szczycie UE: raczej bez wiążących celów ws.efektywności energetycznej i OZE

Dzień przed szczytem, na którym przywódcy UE mają uzgodnić nowy cel redukcji gazów cieplarnianych na 2030 r., nie było jeszcze jasne, co z systemem darmowych pozwoleń na emisję CO2. Jego wygaśnięcie spowodowałoby poważne koszty dla polskich elektrowni, które teraz dostają certyfikaty na emisję za darmo. Źródła w UE podkreślały, że w razie braku porozumienia system darmowych porozumień wygaśnie automatycznie w 2020 r.

"Ta sprawa jest na stole i toczy się dyskusja, czy ta derogacja (odstępstwo od zasad dla określonych gałęzi gospodarki - PAP) będzie utrzymana po 2020 r." - zdradzał kulisy negocjacji ich uczestnik.

Bój idzie o to, by ustalić takie porozumienie, by z jednej strony darmowe emisje miały swój udział w przyłożeniu się do modernizacji elektrowni, ale z drugiej strony nie zakłócały konkurencji na europejskim rynku.

Polska miała dotąd nienajlepszą opinię, jeśli chodzi o wykorzystywanie darmowych zezwoleń na unowocześnianie energetyki. Teraz partnerzy unijni chcą tak skonstruować cały mechanizm, by się to zmieniło.

Sam zapis, który stanowi, że system darmowych pozwoleń zostanie utrzymany, znajduje się w projekcie wniosków na szczyt. Polska - jak wskazywało w środę źródło dyplomatyczne - uzyskała obietnicę, że co do zasady będzie mogła wykorzystywać ten mechanizm. Nie wiadomo jednak w jakiej skali. Bez odpowiedniej liczby pozwoleń, cena energii elektrycznej w Polsce musiałaby wzrosnąć.

Dla naszego kraju ważna jest też specjalna rezerwa wynosząca 1 lub 2 proc. pozwoleń na emisję, z której przychody pozwoliłyby innym mniej zamożnym państwom UE finansować konieczne inwestycje w energetyce. To kilkadziesiąt milionów euro rocznie, z których - według źródeł dyplomatycznych - poważna część, może nawet połowa, przypadła by Polsce.

Fundusz ten, na który łożyłyby głównie państwa bogatsze (głównie Niemcy, ale też Francja), ma jednak całą masę przeciwników - wskazują dyplomaci. Z perspektywy Warszawy jest to jednak instrument, który pozwoliłby nam przełknąć wysoki cel redukcji emisji. "Im więcej tutaj uzyskamy, tym większe szanse, że cała układanka nam się złoży" - podkreślało źródło.

Wprawdzie przewiduje się, że w zarządzanie funduszem będzie zaangażowany Europejki Bank Inwestycyjny, ale decyzje o tym, w co inwestować, mają być podejmowane na poziomie państw.

Czytaj też: Komorowski: nie można narzucać Polsce dalszych ograniczeń ws. CO2 bez rekompensaty

Dyplomaci przekonują również, że nie będzie problemu aby środki te szły na modernizacje elektrowni węglowych i zwiększenie ich efektywności. Dotychczasowe rozwiązania pozwalały na inwestycje energetyczne, ale tylko w odnawialne źródła energii lub projekty pozwalające na składowanie dwutlenku węgla.

 

Rządowi eksperci przekonują, że emisję w Polsce można zmniejszyć o 1/3 poprzez samo poprawienie sprawności istniejących bloków energetycznych, w naszych elektrowniach opalanych węglem. Teraz ich sprawność wynosi ok. 30-35 proc., a powinna 47-50 proc. Polska i tak musi w to inwestować, ale do tej pory nie mogła tego robić z pomocą unijną, bo KE nie chciała łożyć na zanieczyszczający środowisko węgiel. "Jak się to uda, to to jest największa realna pomoc dla polskiej gospodarki" - przekonywał polski dyplomata.

Kolejny mechanizm, z którego skorzysta nasz kraj, to rozdystrybuowanie 10 proc. pozwoleń na emisje pomiędzy państwa członkowskie, których PKB na głowę nie przekracza 90 proc. średniej UE.

Reforma systemu handlu emisjami ma być głównym instrumentem w osiągnięciu unijnego celu ograniczenia emisji gazów cieplarnianych o 40 proc. do 2030 r. W tym celu co roku część pozwoleń ma znikać z rynku. Do 2020 wycofywanych ma być 1,74 proc. całkowitej ich sumy rocznie. Później UE chce jeszcze szybciej zmniejszać liczbę pozwoleń, wycofując ich 2,2 proc. rocznie.

Dodatkowe pozwolenia przyznane krajom biedniejszym sprawią, że reforma ta nie będzie przez nich odczuwana tak boleśnie.

Z perspektywy Polski ważny jest też podział wiążącego na poziomie UE celu ograniczenia emisji na sektory objęte systemem handlu pozwoleniami (ETS) i takie, które są poza nim. W tym pierwszym przypadku redukcja na poziomie unijnym ma wynieść 43 proc., w drugim 30 proc. (w porównaniu do 2005 r.).

Czytaj też: Ekspertka o szczycie klimatycznym: weto nie jest rozwiązaniem problemu

 Sektory gospodarki poza ETS to m.in. rolnictwo, handel i transport (nie licząc linii lotniczych). Polska, a także wiele innych krajów, ze względu na szybki rozwój gospodarczy, mogły zwiększać emisję w tych sektorach. W przypadku naszego kraju do 2020 r. uzgodniony na poziomie UE limit wzrostu wynosił 14 proc. Teraz każdy z krajów UE będzie musiał ciąć emisję, niektóre aż o 40 proc. Według nieoficjalnych wyliczeń dla naszego kraju byłoby to cięcie o 8 proc.

Jednak jeśli uda się przeforsować formułę elastyczności między sektorami objętym i nieobjętymi systemem, państwa takie jak Polska będą mogły zwiększać emisję również w sektorach poza ETS (lub korzystać z dorobku innych krajów).

Wraz z nami w "koalicji klimatycznej" biednych krajów są państwa Grupy Wyszehradzkiej oraz Bułgaria i Rumunia. Liderzy tych krajów spotkają się w czwartek w Brukseli, by jeszcze przed szczytem rozmawiać o wspólnym froncie.

Czytaj też: Kaczyński: rząd powinien zawetować ustalenia ws. redukcji CO2

Problemy biednej części Europy nie są jednak jedyne jakie szczyt ma rozwiązać. Nieoficjalne źródła dyplomatyczne wskazują, że Portugalia straszy, że może zablokować porozumienie. Kraj ten wraz z Hiszpanią domaga się wyższego celu dotyczącego połączeń energetycznych, tak by pomiędzy państwami można było wymieniać 15 proc. energii. Postulat blokuje jednak Francja, która obawia się, że tani prąd z półwyspu Iberyjskiego zaszkodzi jej energetyce.

Z kolei Wielka Brytania obawia się celu dot. efektywności energetycznej, który według propozycji wniosków na szczyt ma wynieść co najmniej 27 proc. na poziomie UE.

Przywódcy państw unijnych zajmą się również tematem walką z wirusem eboli, sytuacją na Ukrainie oraz różnymi kwestiami gospodarczymi. Osobno spotkają się przywódcy państw strefy euro.

(PAP)