Ekspertka jest zaskoczona skalą obaw w Europie wokół organizmów genetycznie modyfikowanych. Zwraca też uwagę na niektóre zapisy przygotowanego przez resort środowiska projektu nowelizacji ustawy o GMO.

Odnosząc się do projektu nowelizacji ustawy o organizmach zmodyfikowanych genetycznie profesor za korzystne uznała zmiany dotyczące tzw. zamkniętego (laboratoryjnego) użycia organizmów nieszkodliwych dla otoczenia. "To już by nie wymagało zezwolenia, tylko zgłoszenia, czyli tylko informuje się ministerstwo, że się zamierza z tym pracować" - powiedziała Bartnik.

Jako niekorzystne określiła zmiany w zakresie opisu placówek badawczych i kar. "Pracujemy z GMO od lat 70., ale po to, by to dalej robić, będziemy musieli się starać o status laboratorium inżynierii genetycznej" - mówiła.

"I jeszcze jedna rzecz, która mi się bardzo nie podoba - (...) to bardzo wysokie kary, chyba do ośmiu lat pozbawienia wolności za różne naruszenia; to jest dla mnie trochę absurdalne, bo nikogo się nie morduje i są to wykroczenia bardziej niż przestępstwa" - dodała Ewa Bartnik.

"My naukowcy pracujemy z genetycznie modyfikowanymi organizmami od połowy lat 70. (XX wieku), rośliny weszły (do laboratoriów) trochę później - może to był koniec lat 70. - i nie ma żadnych podstaw, żeby obawiać się, że komuś się coś stanie, jak to zje. Nie ma żadnych podstaw, żeby się obawiać, że to może zaszkodzić" - mówiła ekspertka.

Jak tłumaczyła, ludzki organizm nie zauważa różnicy między spożyciem roślinnego DNA z jednym genem więcej, czy z trzema genami mniej, gdyż wszystkie elementy pożywienia rozkładane są mniej lub bardziej na czynniki pierwsze i potem kształtowane na nowo. Profesor dodała, że obce organizmy jemy od narodzin i nie wbudowujemy w siebie np. genów truskawki, czy pomidora.

Przypomniała, że główne obawy dotyczą modyfikowania roślin spożywczych. "Nikt nie protestuje kupując robioną przez genetycznie modyfikowaną bakterię insulinę czy szczepionkę przeciw żółtaczce. Ta część się spokojnie przyjęła. Rośliny są tym, przeciw czemu jest bardzo silne lobby. O zaletach medycznych - o tym, że bakterie, drożdże produkują potrzebne nam białka czy szczepionki, nie będę mówić - to już jest na rynku i nikt się temu nie sprzeciwia" - zauważyła.

Według Bartnik zalety roślin modyfikowanych genetycznie są bardziej subtelne, ale mają charakter użytkowy: mogą być wzbogacone w substancje odżywcze, których normalnie nie produkują, mogą być odporne na wirusy, odporne na herbicydy, wzbogacone w geny potrzebne do rozwoju, czy - w przypadku roślin ozdobnych - występujące barwach odbiegających od naturalnej.

"Nie wiem dlaczego, te obawy zostały nagłośnione i nie wiem dlaczego są one tak silne w Europie, a tak stosunkowo słabe w USA. W Stanach Zjednoczonych są olbrzymie obszary uprawy soi GMO czy bawełny GMO (...), ale w porównaniu z Europą można uznać, że tam genetycznie modyfikowanych organizmów w zasadzie nie zauważono" - dodała profesor.

Zdaniem Bartnik trudno nawet z pomocą racjonalnych i naukowych argumentów walczyć z ludzkim strachem przed organizmami modyfikowanymi genetycznie. Jednak pomysł, by uczynić z Polski kraj wolny od GMO uznała za nieuzasadniony ekonomicznie. "Ustawodawcy tymczasem zachowują się tak, jakby to było coś bardzo niebezpiecznego i trzeba było bardzo zadbać, żeby nikt niczego złego nie zrobił" - podkreśliła.

Przygotowany przez Ministerstwo Środowiska projekt nowelizacji ustawy o organizmach genetycznie modyfikowanych ma m.in. na celu zwiększenie bezpieczeństwa dla zdrowia ludzi i środowiska m.in. poprzez skuteczną kontrolę upraw GMO. Projekt jest obecnie opiniowany i przechodzi konsultacje społeczne.

GMO podczas obecnej sesji zajmuje się także Parlament Europejski. Europosłowie poparli we wtorek nowe unijne przepisy, które ułatwią państwom UE wprowadzanie zakazu bądź ograniczanie upraw roślin genetycznie modyfikowanych na swym terytorium. (PAP)