Europejski system handlu uprawnieniami na emisję CO2 (tzw. ETS) został uruchomiony w 2005 r. To największy taki projekt na świecie. Ceny ustalane są rynkowo, a jedno uprawnienie do emisji daje prawo do wyemitowania jednej tony dwutlenku węgla. Po tym, gdy w maju 2008 r. ceny uprawnień osiągnęły historyczny szczyt, zaczęły one sukcesywnie spadać - z ok. 30 euro za jednostkę w 2008 r. do poziomu poniżej 5 dolarów na początku 2013 r. Przemysł i decydenci polityczny zaczęli zastawiać się, jak ETS zreformować.

Zdaniem Zachmanna, mimo niskich cen uprawnień, ETS jest skutecznym narzędziem ograniczania CO2. W sektorach gospodarki, które są objęte systemem, w latach 2005-2012 emisja gazów cieplarnianych spadła o 14 proc. (z wyłączeniem Bułgarii i Rumunii, które weszły do UE w 2007 r., oraz Norwegii, która w ETS jest od 2008 r.). Z danych Bruegela wynika, że w tym okresie m.in. rafinerie i huty ograniczyły emisje, a zakłady produkcji szkła, ceramiki i papiernicze zwiększyły. „To pokazuje, że dzięki systemowi sektory, którymi się to opłaca, zmniejszają emisje, a te, którym nie, kupują uprawnienia na giełdzie. Zyskują wszyscy” – mówi PAP Zachmann.

Skąd więc spadki cen uprawnień? Jak tłumaczy Zachmann, od 2008 r. uprawnień co roku wydawanych było więcej, niż wykorzystywanych. Przyczyn jest kilka. „Przede wszystkim produkcja przemysłowa w Europie została mocno dotknięta przez kryzys. Jeśli w latach 2003-2007 rosła rocznie średnio o 3 proc., to już w latach 2008–2012 co roku kurczyła się o 2 proc. Spadał więc popyt na uprawnienia do emisji” – mówi.

Źródeł niskich cen szukać należy też w realizowanym przez EBI programie NER300, który polega na sprzedaż przez bank uprawnień, z czego środki mają być przeznaczane m.in. na projekty wychwytywania i składowania dwutlenku węgla (tzw. CCS). Do tego dochodzi jeszcze udział w systemie krajów spoza UE, który również wpłynął na zwiększenie podaży.

Założeniem ETS jest jednak, że z roku na rok państwa członkowskie będą otrzymywały coraz mniej uprawnień do emisji, a wraz ze wzrostem popytu na nie wzrosną też ceny. Zdaniem Zachmanna, powołując ten system politycy zdecydowali, że w przyszłości obywatele zapłacą więcej za ograniczanie emisji (poprzez wyższe ceny energii i innych produktów). Wszystko po to, żeby obecnie można było zainwestować w technologie niskowęglowe. "Utrzymanie wysokich cen za uprawnienia w przyszłości, które będą miały zrekompensować wcześniej poniesione nakłady na inwestycje, może okazać się jednak politycznie trudne” – uważa.

Ekspert przypomina zarazem, że ETS został tak skonstruowany, aby można było gromadzić uprawnienia i wykorzystywać je w przyszłości. „To, że można je kupić teraz, kiedy są tanie i sprzedać w przyszłości po wyższych cenach, nie wpłynęło jednak na stabilizację ich cen. Oznacza to, że ETS-owi brakuje wiarygodności. Przyjmując, że w 2030 r. cena uprawnień sięgnie 40 dolarów, otrzymujemy roczny zwrot w wysokości 13 proc. Wynika z tego, że ETS jest mniej wiarygodny od obligacji Pakistanu, z terminem wykupu w 2036 r. i rentownością na poziomie 12 proc.” – podkreśla.

Żeby ustabilizować ceny, KE zaproponowała w grudniu 2012 r., że w latach 2013-2015 na rynek trafi 900 mln uprawnień do emisji mniej, a kwota ta zostanie przesunięta na lata 2019-2020. „To polityczne placebo. Przesunięcie uprawnień do emisji nie zmieni ich bazowej wartości” – mówi Zachmann. Wskazuje, że będzie to też sygnałem dla rynku, iż zdaniem polityków system nie działa tak jak powinien i mogą oni w każdej chwili nim manipulować, co jeszcze bardziej obniży jego wiarygodność. „Długookresowe koszty przesunięcia uprawnień mogą być dużo wyższe niż zysk w krótkim terminie” – zaznacza.

Jak podkreśla, rozwiązaniem mogą być gwarancje bankowe na przyszłe ceny uprawnień do emisji - bank publiczny zobowiązałby się w przyszłości zapłacić inwestorowi ewentualną różnicę pomiędzy ceną prognozowaną obecnie a ceną faktyczną. Dzięki gwarancjom przedsiębiorcy byliby bardziej skłonni do inwestycji w projekty, w przypadku których trzeba czekać dłużej na zwrot kapitału. Bank otrzymywałby wstępną płatność (jako pewne zabezpieczenie), a w przypadku sukcesu partycypował w zyskach z inwestycji w niskoemisyjne źródła energii. „Takie gwarancje mogłyby być wydawane np. przez Europejski Bank Inwestycyjny, ale także inne - narodowe lub europejskie - publiczne instytucje. To z pewnością spowodowałoby wzrost cen uprawnień i odblokowało inwestycje w niskoemisyjne źródła energii” – zaznacza.

EBI udziela kredytów na długoterminowe inwestycje, jego udziałowcami jest 27 państw członkowskich UE.

W programie wtorkowych obrad Parlamentu Europejskiego przewidziane jest głosowanie stanowiska negocjacyjnego PE w sprawie odroczenia aukcji części pozwoleń na emisję CO2. Aby zaradzić niskiej cenie pozwoleń i pobudzić zielone inwestycje, Komisja Europejska zaproponowała opóźnienie aukcji; propozycji tej przeciwna jest Polska.