Zdaniem doradcy prezydenta Pracodawców RP prof. Andrzeja Rabczenki w Polsce brak jest spójnej strategii dotyczącej tego, czego oczekuje się od szkoły. "Z jednej strony ma ona zaspokajać ciekawość, budować pewną kulturę społeczną, natomiast kwestia uczenia się interesującego zawodu jest oddalana w czasie. Szkoła średnia i podstawowa nie orientuje ludzi na to, co chcą robić, w jakim zawodzie pracować" - uważa. Z przytaczanych przez niego danych wynika, że w 2012 r. ponad 56 proc. wchodzących na rynek pracy ludzi było absolwentami szkół wyższych, a szkoły zawodowe uległy degradacji.
"Potrzebna jest praca nad zmianą myślenia o szkołach zawodowych, jako o szkołach dających pracę. Przyjęło się, że szkoła zawodowa jest dla gorszych, a szanowane zawody to lekarz lub prawnik. Szkoły powinny dawać zawód. Jednak samym ustawodawstwem nie zastąpimy współdziałania pracodawców ze szkołami" - przekonuje Rabczenko. Dodaje, że kierunki studiów o profilu praktycznym (które w swoim programie mają minimum 3 miesiące praktyki) stanowią tylko 18 proc. kierunków studiów.
Nieco innego zdania jest prof. Adam Babiński z wydziału fizyki UW. "W nauczaniu powinniśmy zwracać większą uwagę na umiejętności miękkie, które pozwolą absolwentom błyskawicznie dostosować się do potrzeb rynku pracy, takie jak kreatywność i umiejętność dostosowywania się. Jeśli wykształcimy pracowników do konkretnego zawodu, trudno wymagać od nich innowacyjnego podejścia" - dodał Babiński.
Prof. Ryszard Buczyński z UW podkreśla z kolei, że uniwersytety mają przede wszystkim uczyć abstrakcyjnego myślenia, ułatwiać adaptowanie się absolwentów. "Jeżeli będziemy mieć więcej szkół zawodowych, zyskamy wielu fachowców wykształconych w ciągu trzech lat. Ci ludzie zostaną na rynku 40-50 lat. Ale jaka będzie ich zdolność adaptacji za 10 albo 20 lat?" - pyta Buczyński.
Prof. Rabczenko uważa jednak, że szkoła lub uczelnia nauczając konkretnego zawodu, daje "fach w ręku" tym, którzy chcą się zatrzymać na danym poziomie nauki. "Fakt zmiany zawodu jest normą, dlatego absolwent powinien być przygotowywany również do tego. Zgadzam się, że uniwersytet nie może być jedynie prostym nauczaniem konkretnego zajęcia, ale certyfikat upoważniający do robienia czegoś jest bardzo ważny" - mówi.
Krzysztof Inglot z firmy Work Service jest zdania, że studia nie są miejscem, w którym w ciągu 5 lat można nauczyć się kreatywności i przedsiębiorczości, ponieważ są to cechy osobowości, które należy rozwijać od najmłodszych lat. "W Stanach Zjednoczonych od pierwszego roku podstawówki uczy się dzieci robić prezentacje, projekty, uczy się kreatywności, za którą idzie łatwość i celność wyborów, oraz otwartość w postrzeganiu swojej przyszłości" - zauważa Inglot.
Według przytoczonych przez niego danych trzy czwarte firm w Polsce deklaruje potrzebę zatrudnienia ludzi wykształconych zgodnie z zawodem, jaki mieliby wykonywać. "Tymczasem 53 proc. ludzi nie pracuje w wyuczonym zawodzie, a 51 proc. chciałoby wybrać inny kierunek studiów. Pokazuje to, jaki jest rozrzut między tym, jak ukierunkowują się młode osoby i z czym zderzają się na rynku pracy" - mówi.
Zdaniem byłego szefa Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, prof. Bogusława Smólskiego, na przystosowanie edukacji do potrzeb rynku pracy nie można patrzeć czarno-biało, ponieważ rzeczywistość jest dużo bardziej złożona.
"W Europie Zachodniej absolwenci studiów licencjackich idą do pracy, żeby sprawdzić, czy to czego się nauczyli, jest na rynku pracy przydatne. 30 proc. wraca na studia i w większości przypadków zmienia kierunek. Dlatego jedynie 30 proc. pracowników londyńskiego City, jest absolwentami ekonomii czy finansów" - powiedział.
Wytknął również brak całościowego spojrzenia na system edukacji w Polsce. Jego zdaniem dużym błędem było rozbijanie kompetencji pomiędzy Ministerstwo Edukacji i Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. "MNiSW zajmuje się innowacjami, podczas gdy powinno to robić Ministerstwo Gospodarki. Spójność systemu edukacyjnego jest niezwykle ważna, ponieważ 15-latkowie na progu liceum decydują prawie że o tym, na jakie studia później pójdą" - wskazuje.
Uważa również, że w Polsce kształci się absolwentów w umiejętnościach zupełnie im nieprzydatnych i przypomina, że w wielu krajach zachodnich to państwo ustala limity na wyższych uczelniach, dzięki czemu nie przyjmuje się więcej studentów, niż jest dla nich miejsc pracy na rynku. "System edukacji nagle zaczął produkować ogromne ilości absolwentów, dla których nie ma miejsc na rynku pracy. Są kierunki, które produkują zbyt dużo absolwentów, z których tylko 20 - 30 proc. znajdzie zatrudnienie w swoim zawodzie" - zauważył Smólski. (PAP)