Prof. Ewa Łętowska, pierwsza polska rzeczniczka praw obywatelskich, b. sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego i b. sędzia Trybunału Konstytucyjnego o nowej ustawie o prawach konsumenta, która w ubiegłym tygodniu trafiła do podpisu prezydenta:

"Pojawienie się nowej ustawy o prawach konsumenta wynika z dwóch czynników. Konieczności wdrożenia dyrektywy unijnej z 2011 o prawach konsumentów z oraz naszej własnej refleksji - zmądrzeliśmy bowiem jako podmioty implementujące prawo unijne.

Prawo unijne samo obecnie dąży do konsolidacji i scalenia prawa konsumenckiego. To ułatwia i nam zadanie. Poza tym jesteśmy jednak trochę lepiej przygotowani do absorpcji prawa europejskiego, niż w momencie akcesji. Zerwanie z historycznym rozwojem ochrony konsumenta, która u nas opierała się przede wszystkim na instytucjach rękojmi i gwarancji, miało miejsce przy okazji naszej akcesji do Unii. Odbywało się to w szczególnych warunkach - Unia na nas naciskała, abyśmy szybko weszli we wspólnotowy system prawny.

Harmonizacja prawa (cokolwiek by to znaczyło) była warunkiem akcesji, nie było więc czasu na wyjaśnianie wątpliwości i uczenie się nowej sztuki transpozycji prawa europejskiego do prawa krajowego. W rezultacie po prostu kopiowano dyrektywy europejskie. Ale logika prawa umów w Kodeksie Cywilnym nie pozwalała na +przepisanie+ dyrektyw konsumenckich. W efekcie ochronę konsumenta wyłączono, by uregulować ją od 2002 r. bądź to poza Kodeksem Cywilnym, bądź w jego ramach, ale jako przepisy dotyczące tylko konsumentów.

Tym ruchem wyrządzono dużą krzywdę polskiemu systemowi prawa, a także użytkownikom prawa - fachowcom. System doznał dekompozycji, a prawnicy nie bardzo dawali sobie radę z interpretacją, i z porządkowaniem systemu dzięki niej.

Również dla konsumentów zmiana okazała się niekorzystna, choć łagodziła to nieco obfitość oferty, wynikająca z rozwoju rynku po wejściu do UE. Paradoksalnie więc wejście w system prawa unijnego oznaczało niejednokrotnie pogorszenie (prawne) sytuacji polskich konsumentów. Bowiem na podstawie regulacji Kodeksu Cywilnego - opracowanych jeszcze w okresie realnego socjalizmu - na skutek uporczywej pracy orzecznictwa i doktryny ukształtował się system dość przyjazny dla konsumenta. Dotyczyło to wyboru sposobu realizacji reklamacji towaru i reguł współistnienia rękojmi (odpowiedzialność sprzedawcy) i gwarancji (odpowiedzialność tego, kto jej udzielił).

Na podstawie rękojmi w wypadku niewłaściwej jakości świadczenia konsument wybierał z jakiego uprawnienia chce skorzystać - z naprawy, wymiany, obniżenia ceny czy zwrotu pieniędzy. Był to więc system dla konsumenta korzystny, bo to konsument wybierał. Z tym, że sprzedawca oferując natychmiastową naprawę lub wymianę rzeczy, mógł zablokować decyzję o zwrocie pieniędzy. Dodatkowo, gdy istniała gwarancja (jej udzielał zasadniczo producent), uprawniała tylko do naprawy lub wymiany, ale tu wybierał gwarant. Aby nie blokować rękojmi, nieskuteczność naprawy czy wymiany uprawniała do „przejścia” na reżim rękojmi, umożliwiający zwrot pieniędzy. System ten zmieniono w 2002 r. i od tego czasu to sprzedający zaczął decydować czy towar naprawi, wymieni czy ewentualnie odda pieniądze. To nie jest wygodne dla konsumenta.

Co gorzej, doprowadziło to do dezorientacji samych prawników, bo dawna instytucja rękojmi nadal dotyczyła sprzedaży niekonsumenckiej. Sam system prawa sprzedaży stał się chyba zbyt trudny dla prawniczej obsługi, ze szkodą m. in. dla konsumentów. Co gorzej, nie sprzyjało to także systemowemu myśleniu sądów. Bez scalenia i uporządkowania systemu w obszarze sprzedaży nie ma zaś mowy o jakiejkolwiek stabilnej i powtarzalnej praktyce sądowej.

Zatem obecnie stare wraca. Ustawa z 2014 r. o prawach konsumentów - koncepcyjnie i pojęciowo oznacza powrót do instytucji rękojmi, która jest dobrze znana bardziej doświadczonym prawnikom. Rezygnuje się z pojęcia zgodności z umową (jako uzasadnienia reklamacji) i wraca do pojęcia wady, co jest nawiązaniem do polskiej tradycji.

Główną, mało dostrzeganą w publicznej dyskusji, zaletą ustawy jest powrót do jednolitego uregulowania sprzedaży, podjęcie próby systemowego scalenia prawa w obrębie transakcji sprzedaży. Nowa ustawa o prawach konsumentów wraca do dawnego schematu odpowiedzialności za jakość przy sprzedaży: rękojmia – gwarancja. Obecnie sprzedawca (jak zresztą niegdyś) może przyblokować żądanie zwrotu pieniędzy – zaoferowaniem natychmiastowej naprawy lub wymiany. Ale może zrobić to tylko raz.

I od razu podnoszą się głosy, że to zrujnuje przedsiębiorców. Jestem od 50 lat w zawodzie i argumentację, z którą mamy do czynienia ze strony przedsiębiorców, pamiętam jeszcze z PRL, gdzie interes grupowy z założenia miał dominować nad interesem jednostki-konsumenta. Dawniej ustawicznie czytałam, że w rękojmi fatalne jest to, że wybiera konsument. Uzasadniano to tym, że gospodarka uspołeczniona cierpi na skutek nieuzasadnionych decyzji o zwrocie towaru, a przecież można go naprawić i jeszcze będzie można go używać; że surowce są deficytowe, marnuje się pracę i wysiłek ludzki, a gospodarka socjalistyczna przez to wszystko cierpi.

Co czytam obecnie? Dokładnie to samo: że jeżeli będzie wybierał konsument, to będziemy mieli do czynienia z kosztami, podwyżkami etc. Argumentacja jest kropka w kropkę taka sama, jak w roku 1969. Rozumiem, że interes jest taki sam, niezależnie od tego, pod jakim sztandarem się go głosi.

Nie przejmowałabym się zatem szczególnie, bo to nie przychylnie ukształtowana dla konsumenta odpowiedzialność za wady przy sprzedaży doprowadziła gospodarkę uspołecznioną do katastrofy.

Dlatego jednokrotność naprawy (wymiany) przy sprzedaży nie zrujnuje sprzedawców. Teraz powinno być nawet lżej, bo w końcu rynek jest nasycony i w wielu segmentach konkurencyjny.

Uporczywość krytyki jest wywołana tym, że obecnie mamy do czynienia ze znacznie większą zaciekłością sprzedawców i producentów. Rynek wymusza bowiem większą identyfikację z własnym interesem niż to było w gospodarce uspołecznionej.

Poza tym obecnie dyskusja nad projektami legislacyjnymi często umożliwia lobbing na rzecz interesów bardziej wyraziście mogących dojść do głosu. To głos płynący od ekspertów zatrudnianych czy wynagradzanych przez kancelarie prawnicze współpracujące z przedsiębiorcami – przecież nie bezinteresownie. A konsument jest niestety stroną słabszą. Tutaj ogromna wina leży po stronie naszego systemu prawnego, który nie dopracował się do tej poru systemu łatwej pomocy prawnej. Choć z drugiej strony akurat przy sprzedaży istniejący system rzeczników konsumentów, sądów konsumenckich, trochę łagodzi tę sytuację.

Takie zjawisko istnieje i trzeba mieć tego świadomość, zwłaszcza, że jego skutkiem jest manipulowanie mediami. Nie tylko na przykładzie ustawy o prawach konsumentów widać, że wykształciły się grupy interesu i siły lobbystyczne - mniej lub bardziej ukryte - które różnymi drogami optują za wygodnym dla siebie ukształtowaniem prawa. Robią to często, dążąc do wzbudzenia negatywnego lub pozytywnego PR wobec pewnych rozwiązań. Dlatego fachowcy powinni być niesłychanie wstrzemięźliwi i ostrożni". (PAP)