Do wydarzeń, których dotyczyła sprawa doszło 12 lat temu. 24 czerwca 1999 r. Sobkowicz, fotoreporter "Naszego Dziennika" robił zdjęcia demonstracji związkowców z radomskiego "Łucznika" w Warszawie. Manifestanci rzucali w stronę policjantów śrubami, płytami chodnikowymi, a nawet znakami drogowymi, funkcjonariusze odpowiedzieli ogniem z broni gładkolufowej. Jedna z kul trafiła Sobkowicza; stracił prawe oko.
W listopadzie ubiegłego roku sąd okręgowy w pierwszej instancji zasądził dla Sobkowicza od Komendy Stołecznej Policji 250 tys. zł zadośćuczynienia oraz około sześć tys. zł miesięcznej renty. Od wyroku odwołała się policja. SA utrzymał kwotę zadośćuczynienia, zmniejszył zaś rentę do około 3,5 tys. zł miesięcznie.
"Jeśli chodzi o zadośćuczynienie, to argumentacja, która pozwoliła uznać sądowi okręgowemu, że kwota 250 tys. zł jest adekwatna, w całości jest podzielana przez sąd apelacyjny" - mówił uzasadniając wyrok sędzia Roman Dziczek. Dodał, że konsekwencje zdarzenia dla Sobkowicza "były bardzo dotkliwe".
SA przyznał także, że w tej sprawie nie można przyjąć i uzasadnić w żaden sposób tezy o jakimkolwiek przyczynieniu się fotoreportera do zdarzenia, bo dziennikarze podbiegli i robili zdjęcia demonstrantom, gdy ci nie atakowali już policji.
Sędzia Dziczek zaznaczył jednocześnie, uzasadniając zmniejszenie renty, że kwota ta w I instancji została wyliczona na podstawie dostępnego materiału dowodowego w sposób zawyżony i "z naruszeniem sędziowskiej swobody oceny dowodów".
Komentując orzeczenie reprezentująca Sobkowicza mec. Krystyna Kosińska powiedziała dziennikarzom, że nie jest w pełni usatysfakcjonowana z powodu zmniejszenia renty. "W tym zakresie na pewno trzeba będzie się zastanowić, czy nie składać kasacji" - dodała.
"Z pewnością wyrok trzeba jednak przyjąć z zadowoleniem, bo jednak sądy obu instancji przyznały rację roszczeniom powoda i ustaliły w jaki sposób do wypadku doszło. To ostrzeżenie, że wszelkie środki przymusu muszą być używane przez policję rozważnie" - zaznaczyła adwokat.
Sobkowicz powiedział dziennikarzom, że po wypadku został ograniczony w wykonywaniu swego zawodu - nie może na przykład robić zdjęć na wysokościach, musi pracować krócej. "Każdy fotoreporter pracuje wzrokiem, moja praca jest bardzo utrudniona, a moje zdjęcia nie mogą odbiegać od zdjęć kolegów" - dodał. Pełnomocnik KSP odmówił dziennikarzom komentarza po ogłoszeniu wyroku.
Sądy zajmowały się tą sprawą już od 10 lat. W 2007 r. warszawski sąd okręgowy uznał, że za trwałe kalectwo fotoreportera winę ponosi policja. Wyrok utrzymał Sąd Apelacyjny, a MSWiA (które również było pozwane, ponieważ policja mu podlega - PAP) ostatecznie zrezygnowało z wniesienia o kasację. Dało to podstawę do ubiegania się o zadośćuczynienie.
W listopadzie zeszłego roku sąd okręgowy określając wysokość zadośćuczynienia wskazał jednocześnie, że kwota ta nie jest wygórowana, jeśli weźmie się pod uwagę obrażenia, których doznał fotoreporter i to jak wpłynęły one na jego pracę zawodową oraz życie prywatne. "Sąd brał także pod uwagę postawę pozwanego, który w żaden sposób nie uznał swojej odpowiedzialności, nawet wtedy gdy została ona przesądzona orzeczeniem sądu” – głosiło wówczas uzasadnienie sądu.

Marcin Jabłoński (PAP)