Studenci protestują już od dwóch lat, ale czwartkowe manifestacje w wielu miastach były pierwszymi ogólnonarodowymi akcjami w bieżącym roku i największymi w ciągu ostatnich dwóch dekad.
 
Organizatorzy szacują, że w marszach w Santiago, stolicy kraju, uczestniczyło 150 tys. ludzi, policja mówi o 80 tys.
 
Protestujący krytykują chilijski system edukacji, podkreślają, że szkoły publiczne są niedoinwestowane, prywatne uczelnie bardzo drogie, wykładowcy niekompetentni, a zaciąganie kredytów na naukę jest konieczne.
 
Chilijczycy muszą pokrywać 75 proc. kosztów edukacji, podczas gdy Amerykanie finansują 40 proc., a Skandynawowie tylko 5 proc. Edukacja w Chile należy do najkosztowniejszych wśród krajów należących do OECD.
 
W czasie demonstracji ośmiu policjantów i 109 protestujących zostało rannych. Policja użyła gazu łzawiącego i armatek wodnych. Generalnie protesty miały charakter pokojowy. Studenci wymachiwali flagami, śpiewali i tańczyli; nawiązali do marszów z 2011 roku, kiedy to tysiące ludzi przebierały się za superbohaterów i tańczyły jak zombie do piosenki "Thriller" Michaela Jacksona.
 
W czasach dyktatury Augusto Pinocheta (1973-1990) chilijski system edukacji sprywatyzowano, zlikwidowano rządową kontrolę i zaniechano finansowania szkół podstawowych i średnich.