To część wniosków ze zorganizowanej w ub. tygodniu w Katowicach konferencji „Węgiel a niska emisja". Uczestniczyli w niej eksperci związani z przemysłem wydobywczym, technologiami przetwarzania węgla oraz samorządami. O doświadczeniach władz woj. śląskiego z działań na rzecz ochrony czystości powietrza mówił Wojciech Główkowski, wicedyrektor wydziału ochrony środowiska w tamtejszym urzędzie marszałkowskim.

Główkowski przytaczał m.in. wyniki blisko 50-letnich badań tzw. widzialności w aglomeracji katowickiej. Wynika z nich np., że od początku lat 90. ub. wieku rosła liczba dni z dobrą widzialnością (rzędu 15-50 km). Zaczęły się też pojawiać dni z widzialnością powyżej tych wartości, czego nie było np. w latach 60. W ostatnich kilku latach proces ten doszedł jednak do pewnej granicy.

Według Główkowskiego dotąd udało się skutecznie ograniczyć zanieczyszczenia powstające na skalę przemysłową. „Wielkich rezerw już tutaj nie ma, natomiast pozostaje problem niskiej emisji” - podkreślił samorządowiec. Zaznaczył przy tym, że do polskich potrzeb i warunków nie bardzo przystają np. unijne założenia tzw. gospodarki niskoemisyjnej.

„W Brukseli to gospodarka o niskiej emisji dwutlenku węgla, w Katowicach, Krakowie – o niskiej emisji pyłów, węglowodorów, dwutlenków siarki itp. (…) My w Katowicach, Krakowie, Ostrawie jesteśmy na etapie tzw. smogu londyńskiego. To w Brukseli jest bardzo często nierozumiane, że rozwiązujemy problemy, które u nich nie istnieją już od 50 lat” - wskazał specjalista.

Ważna różnica to źródła emisji pyłów. Ponieważ w zamożniejszych krajach Europy Zachodniej w głównej mierze jest to transport, UE zaleca w okresach wysokich stężeń zanieczyszczeń np. polewanie ulic wodą. W polskich aglomeracjach głównym źródłem są domowe paleniska, a normy najczęściej przekraczane są między grudniem, a lutym.

Z analiz efektów dotychczasowych programów ochrony powietrza w woj. śląskim wynika również, że część podejmowanych działań była nieefektywna. Zbadano m.in.. relację nakładów Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach na konkretne przedsięwzięcia, do unikniętych dzięki nim tzw. kosztów zewnętrznych (np. koszty zdrowotne zanieczyszczenia powietrza ponoszone przez gospodarkę i społeczeństwo).

Okazało się, że relacja środków WFOŚiGW do unikniętych kosztów zewnętrznych była najkorzystniejsza w przypadku programów bezpośrednio ograniczających niską emisję (były to głównie koordynowane przez lokalne samorządy dotacje do wymian pieców i kotłów w domach na nowocześniejsze). Mniejsze korzyści dawały termomodernizacje i docieplenia, praktycznie żadnych - instalacje solarne. Te ostatnie źródła nie zastępują bowiem pieców węglowych.

Badanie podobną metodą efektów wsparcia dotychczasowymi środkami UE pokazało, że najefektywniejsze okazały się projekty związane z instalacjami przemysłowymi, nieco mniej - programy ograniczenia niskiej emisji, a koszty znacznie przewyższyły korzyści w przypadku termomodernizacji i solarów.

Choć zatem programy bezpośredniego ograniczania niskiej emisji okazały się efektywne, w ostatnich latach widać wyczerpywanie się tej metody. Z dotowanych wymian starych instalacji skorzystała bowiem tylko zamożniejsza część społeczeństwa, którą było stać np. na pokrycie części związanych z tym kosztów.

Główkowski przypomniał też sytuację z zimy ub. roku w kotlinie żywieckiej, gdzie po raz pierwszy od lat przekroczone zostały normy tlenków siarki. Choć 80 proc. gospodarstw podłączonych jest tam do sieci gazowej, a wiele samorządów dotowało wymiany starych instalacji grzewczych na gazowe, gazu do ogrzewania domów używa jedynie ok. 10 proc. mieszkańców. Pozostali przy mroźnej zimie gazem ogrzewali wodę, a do grzania domów uruchomili stare piece, których opalanie najtańszymi paliwami, np. mułem węglowym, jest znacznie tańsze.(PAP)