Sąd wznowił w czwartek przewód, bo zamierzał poinformować strony o ewentualnej zmianie prawnej kwalifikacji czynu. Sąd uznał, że pożyczki niekoniecznie były wymuszane a dyrektorka może odpowiadać za oszustwo. Ponieważ na sali sądowej nie było oskarżonej odroczono rozprawę do połowy lipca.

Według prokuratury przez kilka lat dyrektorka szkoły, wykorzystując stosunek służbowy, zmuszała nauczycieli i personel do zaciągania na własne nazwiska kredytów w różnych bankach. Podwładni przekazywali szefowej pieniądze z zaciągniętych kredytów i pożyczek w wysokości od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych, wraz z dokumentacją kredytową. Po pewnym czasie kobieta przestawała jednak spłacać kredyty i zobowiązania spadały na jej podwładnych. Kobieta miała w ten sposób uzyskać ponad 1 mln zł.
Proceder trwał kilka lat. Ponieważ dyrektorka prosiła swoich pracowników o dyskrecję, to poszkodowani długo nie wiedzieli wzajemnie o sobie. Sprawa wyszła na jaw w 2010 roku. Kobietę oskarżono o wymuszanie kredytów i poświadczenie nieprawdy.
B. dyrektorka nie przyznaje się do winy. Utrzymuje, że nikogo nie zmuszała do zaciągania kredytów, a jedynie prosiła o "koleżeńską przysługę". Prokuratura domaga się dla niej kary trzech lat więzienia. Obrona chce jej uniewinnienia.
Wraz z dyrektorką na ławie oskarżenia zasiada również jej matka. Według śledczych miała ona nakłaniać świadków do składania fałszywych zeznań. Prokuratura żąda dla niej roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata. (PAP)