Do eksplozji, w której zginęło 15 osób, według wstępnych ustaleń doszło w wyniku braku odpowiedniego wyposażenia, nieprzestrzegania zasad bezpieczeństwa pracy i wielu innych naruszeń, stwierdzanych przez lata przez inspekcje pracy, MSW i inne organy kontrolne. Z tych samych powodów w Bułgarii w ciągu minionych dziewięciu lat doszło do 14 analogicznych incydentów, w których zginęło i zostało rannych kilkadziesiąt osób, nie mówiąc o szkodach materialnych.
W lipcu 2008 r. Sofię obudziła potężna eksplozja. Wybuchła stara amunicja, będące ekwiwalentem 1500 ton trotylu. Obeszło się bez ofiar, ponieważ stało się to na dużym poligonie wojskowym. W licznych prywatnych zakładach, działających w małych miejscowościach, w których nie ma innego zatrudnienia, tak nie jest; i tam zwykle są ofiary.
W zakładzie, w którym doszło do wybuchu w mijającym tygodniu, utylizowano stare niemieckie miny z okresu II wojny światowej - należące do Grecji, niegdyś rozmieszczone na granicy z Bułgarią. Zamówienie według prokuratury obejmowało ok. 1,6 mln przeciwpancernych i przeciwpiechotnych min. W zakładzie znajdowało się ok. 800 tys. sztuk, czyli 16 tirów. Nie wiadomo, jak taki ładunek dowieziono do wioski Gorni Łom. Według krajowych mediów podobno nie było na to zezwolenia; nie ma zezwolenia również na magazynowanie pozostałej części w magazynach pod Sofią.
Media informują, że kontrakt opiewał na kilkaset milionów euro. Pracownicy, w tym ofiary, dostawali po 250 lewów (125 euro) miesięcznie, o 50 euro poniżej średniej krajowej.
W zakładzie w ciągu ostatnich siedmiu lat sześciokrotnie dochodziło do eksplozji. Dwukrotnie pozbawiano firmę licencji. Stwierdzono 143 naruszenia, a ostatnie protokoły na temat uchybień pochodziły z połowy września.
Sytuacja ta jest w Bułgarii typowa. Podobne warunki pracy, przy faktycznym przymykaniu oczu na naruszenia, panowały w innych zakładach, w których dochodziło do eksplozji.
W kraju, według danych resortu obrony z początku 2014 r., magazynowanych jest 6395 ton zbędnej amunicji, podlegającej zniszczeniu. Większość pochodzi z czasów Układu Warszawskiego. Państwowe zakłady mogą niszczyć najwyżej 100 ton rocznie, jeżeli dostaną wystarczające środki. W 2013 r. potrzebowały 4,5 mln lewów (2,75 mln euro), a otrzymały 650 tys. lewów (325 tys. euro). W 2014 roku zamiast 8 mln lewów (4 mln euro) przyznano 3 mln lewów (1,5 mln euro).
Zarówno państwowe, jak i prywatne zakłady wolą zamówienia zagraniczne, które są znacznie lepiej płatne. „Kraj przekształca się w bananową republikę, wykonującą cudzą brudną robotę” – mówi jeden z dziennikarzy, znawca tematyki wojskowej.
„Niedawno był incydent z czeską amunicją, a teraz z grecką. Nie niszczy się jej w kraju pochodzenia, ponieważ to niebezpieczny proces. A do Bułgarii ściąga się z całego świata starą amunicję. Należy tego zakazać” – oświadczył w radiu publicznym gen. rezerwy Kirił Cwetkow ze Społecznej Rady Obrony, konsultacyjnego organu przy resorcie obrony.
Firm, mających zezwolenie na dokonywanie utylizacji, jest niewiele, jednak o tym biznesie praktycznie nie ma informacji. Po dużej eksplozji w okolicach miasta Sliwen na wschodzie kraju w czerwcu 2012 r., w której zginęły trzy osoby, MSW obiecało wnikliwe kontrole wszystkich firm z branży i podanie jej wyników do wiadomości publicznej.
„Obietnice nie mogą jednak ukryć faktu, że kontrole są niedbałe. Tajemnicą poliszynela jest, że najczęściej utylizacji dokonuje się ręcznie, prymitywnymi metodami, żeby nie inwestować +zbędnych+ środków w drogą aparaturę i ocalić materiały wybuchowe, użyte w amunicji” – napisał finansowy tygodnik „Kapitał”.
Z Sofii Ewgenia Manołowa (PAP)