Czy może Pan zagwarantować, że ceny energii w Polsce nie wzrosną w wyniku ustaleń ostatniego szczytu UE?
Rafał Trzaskowski: Nie będzie dodatkowego wzrostu cen energii wynikającego z paktu klimatycznego, ponieważ Polska nie przyjęła na swoje barki żadnych dodatkowych obciążeń. Jeżeli zmieni się sytuacja geopolityczna, Rosjanie zakręcą kurek z gazem albo będzie sroga zima, to ceny energii mogą oczywiście wzrosnąć, zwłaszcza że mówimy o perspektywie roku 2030. Nie przyjęliśmy jednak na szczycie nowych obciążeń, dlatego możemy powiedzieć, że ryzyko wzrostu cen energii z tego tytułu jest bliskie zeru.
Czyta także: Minister: wynik szczytu UE to jak najbardziej sukces>>>

Nawet biorąc pod uwagę to, że zobowiązaliśmy się modernizować nasz sektor elektroenergetyczny?
Ale dokładnie o to nam chodziło. Gdyby elektrownie dostawały darmowe uprawnienia na piękne oczy, to mogłyby pieniądze przejeść, wydać na pensje, samochody, siedzibę. Ale w konkluzjach ze szczytu jest zapis, zgodnie z którym równowartość tych pieniędzy trzeba wydać na modernizację. Dzięki temu - po pierwsze będziemy mieli możliwość wpływu na cenę, bo modernizacja będzie realizowana właśnie z tego tytułu, a nie wyłącznie z pieniędzy budżetowych, a po drugie będziemy mieli coraz bardziej nowoczesną energetykę, gotową na wyzwania, które nas czekają po roku 2030.
Oczywiście zawsze jest ryzyko, że pieniądze mogą zostać źle zainwestowane. Ale zrobimy wszystko, my i Komisja Europejska, żeby zostały wydane na modernizację i to w sposób sensowny. Nie jest tak, jak mówi opozycja, że musimy je wydać na inwestycje w odnawialne źródła energii; one mogą być wydawane tak, jak to sobie sami zaplanujemy, również na węgiel, na zastępowanie starych, komunistycznych elektrowni, nowymi.

Rekompensaty w postaci darmowych uprawnień obejmować mają wyłącznie kraje z PKB poniżej 60 proc. średniej Unii Europejskiej. Niektórzy eksperci wskazują, że nie jest jasne, co stanie się w wypadku, gdy kraje, które teraz wpadają w ten przedział, do 2020 go przekroczą; czy dalej będą miały prawo do darmowych uprawnień?
Gdy konkluzję szczytu czyta laik, to rzeczywiście może pewnych rzeczy nie zauważyć. Natomiast, gdy jacyś eksperci, czy spece opozycji mówią o tym, że do końca nie wiedzą, jak to będzie z tym czynnikiem PKB, to jest to dziwne. W konkluzjach jest jasno zapisane w przypisie, że chodzi o realne PKB liczone w euro na rok 2013 i że to dotyczy całej perspektywy objętej konkluzjami.
Inaczej mówiąc mamy zagwarantowane, ponieważ Polska ma obecnie czterdzieści kilka procent realnego PKB, że te działania kompensacyjne obejmą nas do roku 2030. Tu nie ma żadnej wątpliwości, bo to jest zapisane w konkluzjach.

W dokumencie końcowym znalazły się też zapisy mówiące o tym, że po globalnym szczycie klimatycznym w 2015 r. w Paryżu, UE powróci do kwestii swoich celów klimatycznych. Kanclerz Niemiec Angela Merkel mówiła po szczycie, że 40-procentowy cel redukcji emisji CO2 jest "wiążący i nie jest podawany w wątpliwość". Czy nie oznacza to, że w wyniku ewentualnej rewizji celów klimatycznych w 2015 r. w grę będzie wchodziła także dalsza redukcja emisji...
Klauzula rewizyjna, na której nam tak zależało przede wszystkim dotyka innych sektorów, co do których na szczycie nie zawarto porozumienia, czyli sektorów poza unijnym systemem handlu emisjami ETS. Gdyby UE chciała podejmować w przyszłości decyzje dotyczące reformy tych sektorów, to dzięki mocnej klauzuli rewizyjnej, wszystkie decyzje strategiczne najpierw będą decydowane jednomyślnie na Razie Europejskiej. Mogłoby bowiem być tak, że ponieważ w konkluzjach są ogólne zapisy, to później byłaby próba forsowania zmian w zwykłym procesie legislacyjnym, gdzie decyzję są podejmowane większością kwalifikowaną i być może trudno byłoby zebrać mniejszość blokującą tego typu propozycje.
Prawdą jest, że niektóre państwa po konferencji klimatycznej w Paryżu w grudniu 2015 r. mogą chcieć jeszcze bardziej ambitnej polityki klimatycznej. Ale do tego trzeba będzie zgody wszystkich państw członkowskich, a my się na to nie zgodzimy. Prawdą jest też, że istnieją rożne pomysły, by zmieniać ETS, w niekorzystny dla Polski sposób. Dlatego ważne jest, że jeśli będzie jakakolwiek próba zmiany, jeżeli ktoś na przykład będzie chciał zmieniać mechanizmy kompensacyjne, to wtedy najważniejsze decyzje muszą być podejmowane jednomyślnie, czyli bez zgody Polski to się nie odbędzie.

Czego dotyczyła najtrudniejsza batalia na szczycie, na czym Polsce najbardziej zależało?
Polsce chodziło o trzy główne kwestie. Po pierwsze, by mieć taką liczbę pozwoleń na emisje, która pozwalałby nam redukować emisję w dotychczasowym tempie 20, a nie 40 proc. Wszystkie państwa będą miały coraz mniej tych emisji, a co za tym idzie będą musiały bardziej drastycznie niż my je redukować do 2030. Polska dzięki uzyskanym kompensacjom będzie mogła redukować emisje w tempie 1,74 proc. rocznie, czyli tak, jak się do tego zobowiązaliśmy w 2007 r. i 2008 r.
Po drugie chodziło nam o utrzymanie systemu darmowych emisji. Jeżeli chcemy mieć wpływ na cenę energii, jeżeli chcemy modernizować energetykę i robić to za pieniądze firm energetycznych, a nie wyłącznie z pieniędzy podatnika, to musieliśmy mieć możliwość przyznawania im darmowych uprawnień do emisji. Trzecią kwestią, o którą walczyliśmy - i szczególnie zależało na niej wicepremierowi Januszowi Piechocińskiemu - była właśnie klauzula rewizyjna.
Największym problemem były dla nas darmowe pozwolenia na emisje; KE i kilka państw europejskich nie chciały się na to zgodzić. W końcu się przełamały, ale ich propozycje były takie, żeby to było 5 proc. i do roku 2025 i by klauzula rewizyjna była słabsza. Te kwestie zostały uzgodnione dopiero na samym końcu; największe państwa europejskie w ostatnich godzinach negocjacji zgodziły się przystać na postulaty Polski.

Jak doszło do spotkania Kopacz-Merkel-Hollande i Rompuy, które opóźniło rozpoczęcie szczytu? Jak udało się przekonać Niemców i Francuzów do tego, by utrzymać system darmowych emisji?
Przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy wiedział, że dla porozumienia kluczowe są tak naprawdę trzy państwa, czyli Francja, Niemcy i Polska. I dlatego zorganizował to spotkanie już na szczycie, żeby zobaczyć, na co Francja i Niemcy są w stanie przystać w zamian za to, że Polska zgodzi się, by te dwa państwa i UE jako całość nałożyły na siebie większe obciążenia związane z ochroną klimatu.

Czy pozostałe kraje nie reagowały nerwowo na to, że podsuwa się im gotowe ustalenia?
Nie było oporu, ponieważ pozostałym państwom bardzo zależało na tym, by doszło do porozumienia; ich postulaty w części zostały uwzględnione na wcześniejszym etapie negocjacji. Pewnie niektóre państwa chciałyby, żeby to porozumienie wyglądało odrobinę inaczej, ale nie miały tyle siły przetargowej, żeby wywrócić porozumienie, które zostało uzgodnione przez przewodniczącego Rady Europejskiej, Polskę, Francję i Niemcy.

Kto ma nam najbardziej za złe nasz upór na szczycie?

Od początku graliśmy w sposób otwarty i jasno stawialiśmy to, że pewne rozwiązania są dla nas nie do zaakceptowania. Nasi partnerzy wiedzieli, jakie jest stanowisko Polski. Mówiliśmy jasno, że jesteśmy w stanie zgodzić się na to, że UE weźmie na siebie nowe obciążenia związane z redukcją emisji, ale pod warunkiem, że nas one nie obejmą; to było jasne od początku. Nic jednak nie udałoby się bez determinacji pani premier w ostatnich godzinach szczytu.
W związku z tym raczej nie ma nikogo, kto byłby źle nastawiony do Polski, choć niektóre państwa członkowskie, Komisja Europejska są oczywiście rozczarowane i uważają, że Polska dokonała wyłomu w systemie i że to nie jest sprawiedliwe, że nie będziemy nim objęci.

Czy nie boimy się, że KE przygotowując nową propozycję w sprawie pakietu klimatycznego, uwzględniającą konkluzje szczytu, będzie chciała okroić to, co Polska uzyskała?
Mniej nie dostaniemy, natomiast oczywiście KE może próbować stosować przeróżne wybiegi, tak by na przykład pieniądze wypłacać nam na konkretne cele. Klauzula rewizyjna gwarantuje nam jednak, że gdyby chodziło rzeczywiście o strategiczne elementy tego porozumienia, czyli na przykład obcięcie przyznanych nam kompensacji, to wtedy decyzja będzie musiała wrócić na Radę Europejską, czyli będzie musiała być zaakceptowana również przez nas.

Część opozycji, na czele z PiS, przekonuje, że Polska powinna była zawetować porozumienie w sprawie pakietu klimatycznego.
To pokazuje, że opozycja nie rozumie, jak wygląda proces podejmowania decyzji w UE. Gdyby na stole leżał jakiś zupełnie nowy pomysł, dotyczący dodania UE nowych kompetencji, wymagający zmiany traktatów, to wtedy rzeczywiście wystarczy sprzeciw jednego państwa i taka decyzja jest blokowana, spada ze stołu negocjacyjnego i sprawa umiera.
Natomiast w kwestii pakietu klimatycznego chodziło o system, który tak czy inaczej musiał być zreformowany, bo obecnie obowiązujące porozumienie obejmuje okres do 2020 r.; system darmowych pozwoleń na emisję kończy się nawet wcześniej, w 2019 r. Wiadomo, że w przyszłym roku ruszy proces legislacyjny i gdyby nie było do kwietnia, maja czy czerwca decyzji Rady Europejskiej, to KE zaczęłaby proces legislacyjny, który zakończyłby się decyzją podejmowaną w głosowaniu większością kwalifikowaną. Mielibyśmy porozumienie w sprawie paktu, bo nie było mniejszości blokującej, tylko bez tych wszystkich mechanizmów kompensacyjnych. Mogliśmy blokować pakt raz, drugi czy trzeci, ale na końcu i tak stałby się faktem. Weto byłoby tylko przesunięciem sprawy w czasie.
Oczywiście gdyby nasi partnerzy nie chcieliby przystać na nasze warunki, powiedzielibyśmy "nie" i musielibyśmy się spotkać w grudniu. Ale to nie znaczy, że ten problem zniknąłby z agendy europejskiej. Opozycja proponuje, że można by się było sprzeciwić procesowi legislacyjnemu. Tak, ale pod warunkiem, że bylibyśmy gotowi wyjść z UE. Mam nadzieję, że gdyby kiedykolwiek opozycja doszła do władzy, to nie będzie tego typu rozwiązań proponować, nawet jeśli teraz o tym mówi.

Rozmawiała Marzena Kozłowska (PAP)