"Głównym przesłaniem (demonstracji i strajku) jest: nie naruszajcie naszych praw, ponieważ już zapłaciliśmy swoją cenę w 2004 roku, gdy przystąpiły do UE nowe kraje, a budżet (na administrację) prawie nie wzrósł i pogorszyły się pensje i prawa pracownicze. To wtedy wdrożono system kontraktów (umów czasowych - PAP)" - powiedział w rozmowie z PAP przewodniczący związku zawodowego SFE w Komisji Europejskiej Hans Torrekens.

W czwartek w Brukseli strajkowali głównie pracownicy Rady UE, stąd nie odbyły się zaplanowane spotkania grup roboczych. Strajkowało niewielu pracowników KE (do 10 proc.), wśród nich znaleźli się jednak tłumacze, w efekcie nie była tłumaczona codzienna konferencja prasowa w Brukseli. Przed budynkiem KE przy rondzie Schumana protestowało natomiast w porze lunchu nawet do 500 urzędników.

Torrekens powiedział, że związki mogą zaakceptować propozycję KE w sprawie cięć wydatków administracyjnych w budżecie UE na lata 2014-2020, jeśli będzie ona tymczasowa, tylko na czas kryzysu, a "po dwóch latach siadamy do stołu i jeśli kryzys trwa dalej, to wtedy przedłużamy" oszczędności.

Powiedział również, że żądania dalszych cięć ze strony niektórych krajów UE są "nie do zaakceptowania" i że oznaczałyby załamanie się systemu unijnych instytucji i niezależnych służb. Dodał, że już wkrótce związki zawodowe mogą wystosować ostrzeżenie strajkowe na 16 listopada, nad czym w czwartek debatują związki Parlamentu Europejskiego.

Niewykluczony jest też strajk na czas budżetowego szczytu UE 22-23 listopada, "jeśli sprawy nie pójdą w dobrym kierunku" - mówił Torrekens. Ocenił, że protest w trakcie szczytu oznaczałby jego praktyczne zablokowanie, bo nie pracowałaby np. ochrona.

"Całkowity koszt budżetu UE to 67 eurocentów dziennie na obywatela" - napisały związki we wspólnym oświadczeniu cytowanym przez AFP. "Domagamy się, aby państwa powiedziały swoim obywatelom, że redukcja europejskiego budżetu to tak naprawdę wyższe koszty: braku Europy lub +mniejszej+ Europy" - przekonywały.

"Obecna reforma nie zmierza do niczego, tylko do odbierania pieniędzy grupom najsłabszym, czyli urzędnikom najniższego szczebla" - mówiła dziennikarzom jednak z Polek pracujących w instytucjach UE.

Jak tłumaczyła, strajkujący nie zgadzają się na tak radykalne cięcia płac; chcą także być włączani w rozmowy na tematy, które ich dotyczą. Zwracała uwagę, że oszczędności można np. znaleźć likwidując wyjazdowe posiedzenia PE w Strasburgu, czy Rady UE w Luksemburgu.

Pracujący w europarlamencie Jan Tymowski zwracał uwagę, że obcinanie pensji eurokratom może spowodować, że w pracy tej pozostaną jedynie słabiej wykwalifikowane osoby, bo reszta odejdzie do biznesu, a tym samym jakość działania instytucji europejskich będzie gorsza.

Przyznał, że odbiór społeczny takich strajków jest niekorzystny, bo faktycznie od 50 lat warunki pracy eurokratów były dobre. "Ale te warunki się zmieniły i wszyscy ci, którzy zostali zatrudnieni tak jak ja po 2004 r., czyli wszyscy z nowych państw członkowskich, mają te warunki znacznie gorsze" - ocenił.

Jak podała AFP, w 2011 r. koszty administracyjne pochłonęły 7,9 mld euro, co stanowiło 6 proc. unijnego budżetu. Europejskie instytucje zatrudniają na całym świecie 40 tys. pracowników. Pensje urzędników UE zaczynają się od 2650 euro (brutto) miesięcznie. Dyrektorzy zarabiają około 18 300 euro.

Po długich negocjacjach ze związkami zawodowymi, KE przyjęła w połowie grudnia ub.r. propozycje reformy statutu funkcjonariuszy unijnych, proponując cięcia, które dadzą 1 mld euro oszczędności w administracji UE do 2020 r. Aż 17 państw UE oceniło wówczas, że to o wiele za mało, jednak dotąd kraje UE (Rada UE) nie osiągnęły wspólnego stanowiska ws. propozycji KE.

W lipcu Austria, Dania, Holandia, Finlandia, Niemcy, Francja, Szwecja oraz Wielka Brytania w liście do KE zwróciły się o opracowanie scenariusza cięć w unijnej administracji o 5, 10 oraz 15 mld euro w latach 2014-2020.

Z Brukseli Julita Żylińska i Krzysztof Strzępka