Na początek zagadka.

Termin określony w art. 53 ust. 1 ustawy z dnia 29 września 1994 r. o rachunkowości, w przypadku jednostek innych niż określone w pkt 1, które nie są spółkami kapitałowymi, spółkami komandytowo-akcyjnymi i spółkami jawnymi lub komandytowymi, których wszystkimi wspólnikami lub akcjonariuszami ponoszącymi nieograniczoną odpowiedzialność są spółki kapitałowe, spółki komandytowo-akcyjne lub spółki z innych państw o podobnej do tych spółek formie prawnej, w których:

  • liczba członków organów zarządzających przewyższa ograniczenia w zakresie zgromadzeń, spotkań i zebrań, określone w przepisach wydanych na podstawie art. 46a ustawy z dnia 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, oraz
  • brak jest możliwości podejmowania uchwał przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość

– przedłuża się do sześciu tygodni od dnia odwołania stanu epidemii  albo ogłoszonego bezpośrednio po nim stanu zagrożenia epidemicznego. Kto w takim razie będzie mógł później zatwierdzić sprawozdanie finansowe?

Wydaje się, że więcej czasu będą miały po prostu spółki, których wspólnikami są osoby fizyczne. Z uwagi na karkołomną konstrukcję przepisu, o pewność trochę chyba jednak trudno.

Przepisy niczym z księgi zagadek

Szarada całkiem niezła, to trzeba przyznać. Nie pochodzi ona jednak z magazynu z logicznymi łamigłówkami, ale jest fragmentem projektu rozporządzenia, który wczoraj ujrzał światło dzienne. Ileż trzeba energii, żeby taki przepis skonstruować! Czy nie lepiej byłoby przeznaczyć te siły na jakieś bardziej potrzebne i pożyteczne społecznie działania? Najgorsze w tym wszystkim, że nie jest to odosobniony przykład. Przepisów, których znaczenia nie można się doszukać jest przecież całe mnóstwo. Równie dużo mamy też takich zasad, które właściwie każdy czytający rozumie inaczej. A gdyby tak od razu tworzyć dobre, jasne i zrozumiałe dla wszystkich prawo? Zyskaliby na tym wszyscy. Przedsiębiorcy mogliby się wreszcie skupić na prowadzeniu biznesu. Urzędnicy nie musieliby wydawać tych tysięcy interpretacji i potem dowodzić swoich racji w sądach administracyjnych. Niestety, jak się wczoraj okazało,  do sądów administracyjnych w 2019 roku wpłynęło ponad 70 tysięcy skarg. Z obrotu prawnego wyeliminowano zaś prawie co trzecią decyzję organów administracji publicznej. Najwięcej rozstrzygnięć dotyczyło, co nie jest trudno zgadnąć, spraw podatkowych.

 


Na bakier z zasadą pewności prawa

Z nadzieją, że kropla drąży skałę, po raz kolejny wypada tu przypomnieć o zasadzie pewności prawa. Wskazał na nią Trybunał Konstytucyjny już w 1994 r. (sygn. akt K 1/94).

Reguła ta sprowadza się do takiego stanowienia i stosowania prawa, by nie stawało się ono swoistą pułapką dla obywatela i aby mógł on układać swoje sprawy w zaufaniu, iż nie naraża się na prawne skutki, których nie mógł przewidzieć w momencie podejmowania decyzji. Szkoda, że minęło ponad ćwierć wieku, a teza Trybunału cały czas pozostaje aktualna.

Jaki jest cel kury właściwej?

Na koniec, pozostając jeszcze w temacie zagadek, aż się prosi, by przypomnieć o fakcie, że w 1993 r. Sąd Najwyższy musiał zająć się interpretacją pojęcia kury i kurcząt (sygn akt III ARN 69/93). Źródłem sporu w tym zakresie oczywiście okazało się prawo podatkowe. Sąd stwierdził wtedy, że różnice między tymi dwoma pojęciami mogą opierać się na kryteriach biologicznych (np. odmienność upierzenia, ułapienia, udziobienia i in.), mogą być wywiedzione z kryteriów matematycznych (jest przecież rzeczą normalną, że w stadzie kur nie wszystkie kurczęta osiągają wiek dorosłej, to jest właściwej kury, choćby w rezultacie tzw. padania), jednakże decydującym wydaje się być kryterium fiskalne, wywiedzione z okoliczności, iż celem istnienia kury właściwej jest przynoszenie przychodu hodowcy, a społeczeństwu korzyści, natomiast celu takiego nie można przypisywać bytowi małych kurcząt, jakich istnienie można łączyć zaledwie z ekspektatywą przyszłych dochodów dla hodowcy, których jednak wymiar nie może być wcześniej w sposób pewny określony. Nie ma zatem żadnych podstaw, by twierdzić, iż polskie prawo podatkowe nie widzi żadnej różnicy między kurą a kurczęciem, i na tej podstawie domagać się wpłacania zaliczek od nieistniejących faktycznie dochodów.

Uzasadnienie sądu wydaje się najlepszym komentarzem istniejącego problemu.