Rozmowa z prof. dr hab. Janem Widackim, dziekanem Wydziału Prawa, Administracji i Stosunków Międzynarodowych Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego, adwokatem - partnerem w Widacki, Widacka, Podsiedlik Adwokaci i Radcowie Prawni Spółka Partnerska

 

Aleksandra Partyk: Procesy poszlakowe często elektryzują opinię społeczną. Jak wygląda problematyka takich postępowań?

Jan Widacki: Samo pojęcie procesu poszlakowego ma charakter wieloznaczny i jest rozmaicie interpretowane. Czasem w opinii społecznej uważa się, że proces poszlakowy ma miejsce wtedy, gdy oskarżony nie przyznaje się do winy. Tymczasem, bardziej precyzyjnie, proces poszlakowy ma miejsce wtedy, gdy nie ma bezpośrednich dowodów sprawstwa oskarżonego.

Jak rozumieć pojęcie dowód bezpośredni?

Przykładowo w sprawie o zabójstwo dowodem bezpośrednim mogłoby być zgodne z prawdą przyznanie się oskarżonego do popełnienia tej zbrodni. Podobnie dowodem bezpośrednim byłoby zeznanie świadka, który zeznałby, że na własne oczy widział jak oskarżony dokonuje zabójstwa. Natomiast dowodem pośrednim byłoby przykładowo ujawnienie na odzieży oskarżonego śladów krwi należących do ofiary. Taki dowód mógłby mieć znaczną wartość, oczywiście gdyby zostały przeprowadzone rzetelne badania genetyczne krwi. Jednakże aby na podstawie takiego dowodu ustalić, że oskarżony zabił ofiarę, trzeba byłoby jeszcze udowodnić, że ta krew nie mogła znaleźć się na ubraniu oskarżonego w innych okolicznościach. Polega to na tym, że organ procesowy (sąd, prokurator) konfrontuje dowód pośredni z innymi dowodami zgromadzonymi w sprawie. Przykładowej opinii biegłego dotyczącą śladów krwi na ubraniu oskarżonego organ procesowy nie może oceniać w oderwaniu od innych dowodów. Biegły dokonał bowiem jedynie ustalenia pewnego wycinka rzeczywistości, na którym się zna. Natomiast organ procesowy powinien taki ustalony przez biegłego fakt przedstawić w kontekście całego materiału dowodowego w sprawie.

Czytaj: SN: Rzetelne rozpoznawanie spraw przekłada się na budowanie zaufania do sądów>>
 

Co to oznacza w praktyce?

Nieraz zdarza się, że w sprawie nie ma żadnych dowodów bezpośrednich, a są jedynie pośrednie. Takie dowody pośrednie mogą wystarczyć do skazania, jeżeli rzeczywiście nie ma alternatywnej interpretacji. Wracając do naszego przykładu, jeżeli mamy krew ofiary na ubraniu oskarżonego ale oskarżony wyjaśnia, że pobił się z ofiarą i uderzył ją w nos, ale jej nie zabił, to nie można automatycznie przyjąć, że oskarżony dokonał zabójstwa. Trzeba byłoby zlecić opinię biegłemu, który wypowiedziałby się, czy jest możliwe, że krew na odzieży oskarżonego pochodziła z nosa ofiary. Biegły będzie analizował ślady krwi i ich charakter – czy to są krople skapujące, czy też rozpryski. Kiedyś takie opinie sporządzali medycy sądowi, jednak od pewnego czasu funkcjonują biegli zajmujący się analizą plam krwawych. Jeżeli wersja oskarżonego jest do pogodzenia ze śladami krwi na jego ubraniu, to nie ma podstaw do jej podważenia.

 


Jak wiele jest takich procesów poszlakowych?

Bardzo dużo, przynajmniej jak chodzi o sprawy najpoważniejsze, np. o zabójstwo. I trzeba dodać, że standard dowodzenia u nas jest niski. Sądy skazują na podstawie takich dowodów, na których podstawie nie skazałby np. sąd amerykański.

Na czym polega różnica?

U nas, jeżeli sędziemu się wydaje, że było tak a tak, to niewiele można na to poradzić. Nasze sądy niechętnie uniewinniają oskarżonych. W sprawach o zabójstwo uniewinnienia zdarzają się wręcz niezwykle rzadko. Pamiętam pracę doktorską sprzed kilku lat, której autorka przeprowadzała wywiady wśród doświadczonych adwokatów i sędziów karnych. Adwokaci twierdzili, że w sprawach poszlakowych o zabójstwo połowa oskarżonych była winna, a druga – niewinna. Nawet jednak jeżeli to nie jest 50 proc., to na pewno wielu oskarżonych w procesach poszlakowych to osoby niewinne.

To bardzo dużo…

Tak. Amerykanie, którzy bardzo pieczołowicie analizują problematykę pomyłek sądowych, ustalili, że ok. 5 procent osób skazanych przez tamtejsze sądy było niewinnych. U nas nikt się tym tak dokładnie nie zajmuje ale podejrzewam, że jest to dużo większy odsetek. W polskich zakładach karnych osadzonych jest ok. 90 tys. osób, z tego proszę wyliczyć nawet tylko 5 proc.... To jest wiele tysięcy ludzkich dramatów, bo trzeba pamiętać, że to nie jest krzywda tylko tego człowieka, który trafił do więzienia, ale także całej jego rodziny. I krzywdę wyrządza się również państwu, bo przecież w imieniu Rzeczypospolitej posłano do kryminału niewinne osoby.

Czy sędziowie mają tego świadomość?

No właśnie. Wracając do wspomnianych wcześniej badań przeprowadzonych przez doktorantkę, rozmawiała ona również z około 20 sędziami sądów apelacyjnych, a więc najbardziej doświadczonymi orzecznikami. Proszę sobie wyobrazić, że żaden z nich w ogóle nie uznawał pojęcia pomyłki sądowej. Oni mówili, że pomyłka sądowa byłaby zbrodnią sądową, natomiast wydawane wyroki znajdowały oparcie w materiale dowodowym znajdującym się w aktach sprawy. I tu pojawia się problem, bo tak rozumując należy stwierdzić, że faktycznie nie ma pomyłki – ale względem prawdy sądowej, a nie prawdy obiektywnej. To jest bardzo niebezpieczne, choć pewnie zrozumiałe z psychologicznego punktu widzenia.

Sędzia wypiera myśl, że skazał niewinną osobę?

To dość naturalne, ma to zresztą swoje źródło w pewnych schematach myślenia. Weźmy przykład, w którym oskarżony najpierw przyznawał się do popełnienia przestępstwa, a później to odwołuje. Zwykle się to tłumaczy w ten sposób, że adwokat mu tak poradził. Ale nie zawsze tak jest. Trzeba wiedzieć, jak wyglądają przesłuchania prowadzone przez policjantów, jakie czasem stosuje się techniki wyłudzania przyznania się do winy. To może polegać na przykład na pokazywaniu podejrzanemu drastycznych zdjęć z oględzin, na sugerowaniu by przyznał się do działania nieumyślnego albo na wykorzystaniu niepamięci podejrzanego – skoro był pijany, to może nie pamięta, że zabił… Po kilku dniach takich przesłuchań podejrzany niejednokrotnie przyzna się dla świętego spokoju. A czy na przykład w głośnej ostatnio sprawie pana Komendy ktoś przeprowadził analizę, gdzie popełniono błąd? I teraz popatrzmy, ile mamy stwierdzonych pomyłek sądowych, takich, w których wypłacono odszkodowanie. Nikt nie analizuje, gdzie popełniono błąd. A to wynika często z nieprawidłowości w postępowaniu przygotowawczym albo z bezkrytycznej wiary w opinię biegłego. Sądzę, że od lat największym nieszczęściem polskiego sądownictwa nie jest wcale przewlekłość postępowań, lecz niska jakość wymierzanej sprawiedliwości.

To bardzo smutna teza. Z czego to wynika?

Sędziowie znają na pamięć kodeksy, natomiast nie uzyskują szerokiej wiedzy z zakresu kryminalistyki, medycyny czy psychiatrii, więc często bezkrytycznie powielają wnioski formułowane przez biegłych. Bardzo często sędziom brakuje też doświadczenia życiowego. Żeby zostać sędzią, trzeba ukończyć 29 lat. Jakie doświadczenie życiowe ma tak młoda osoba, która z zawodowego punktu widzenia nie zna instytucji innych niż uczelnia, Krajowa Szkoła Sądownictwa i Prokuratury i sąd? Do tego dochodzi kwestia predyspozycji osobowościowych. Na to nakładają się skutki tzw. reformy wymiaru sprawiedliwości. Coraz częściej zauważam u sędziów brak zrozumienia filozofii prawa karnego – że sądzimy człowieka, a nie przestępstwo. Patrząc na statystyki – liczba aresztów wzrosła, choć przestępczość nie zmieniła się. Orzekane są coraz surowsze kary, jednak bez refleksji, czemu ta kara ma służyć.

A jak temu zaradzić?

Uważam, że przede wszystkim należałoby całkowicie zmienić system kształcenia sędziów. Niepotrzebna jest, moim zdaniem, aplikacja sędziowska. Sędzią zostaje zazwyczaj ktoś, kto nie ma doświadczenia zawodowego poza sądem. Lepiej byłoby natomiast, gdyby stanowiska sędziowskie powierzane były osobom, które uzyskały określone doświadczenie zawodowe jako adwokaci, radcowie prawni czy prokuratorzy albo notariusze. Dopiero tacy kandydaci przystępowaliby do uczciwego konkursu. To wszystko zależy od kultury prawnej społeczeństwa. Kształcimy prawników. To próbujmy ich kształcić dobrze!