Sąd oceni blokowanie nielegalnych treści w internecie, … jeśli będzie w stanie
W reakcji na weto prezydenta do ustawy umożliwiającej usuwanie z internetu treści naruszających prawo, Ministerstwo Cyfryzacji przygotowało dwa nowe projekty. Odpowiedzią na zarzut Karola Nawrockiego, że urzędnicy mieliby decydować, co wolno, a czego nie wolno publikować w sieci, ma być prawo autora do odwołania się do sądu od decyzji blokującej wpis. Jednak ta słuszna idea może się rozbić o realia panujące w i tak nadmiernie obciążonych sądach. Szczególnie, gdy nie obowiązywałaby natychmiastowa wykonalność decyzji blokującej.

Chodzi o wdrożenie w Polsce Aktu o usługach cyfrowych (DSA), który nakłada na firmy w całej Unii Europewsjkiej odpowiedzialność za treści zamieszczane na ich platformach - m.in. oszustwa, podszywanie się pod osobę, treści pedofilskie, piractwo czy nawoływanie do nienawiści na tle narodowym, etnicznym, rasowym lub religijnym. Akt w całości obowiązuje w krajach UE od 17 lutego 2024 r. Tymczasem uchwalona przez polski parlament ustawa wdrażająca te zasady została zawetowana przez prezydenta, a jednym z jego argumentów było to, że do blokowania treści naruszających prawo byłby uprawniony organ administracyjny, a konkretnie prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – To rozwiązanie, w którym "urzędnik podległy rządowi", miałby decydować o tym, co jest nielegalną treścią, przypomina system cenzury opisany przez George’a Orwella w książce "Rok 1984" – stwierdził Karol Nawrocki.
Czytaj: Weto ustawy o blokowaniu treści w internecie. Karol Nawrocki przywołuje Orwella>>
Sąd potwierdzi decyzję urzędu
Rząd natychmiast po tej decyzji ogłosił, że szybko zaproponuje nowy projekt. Wskazano przy tym, że kilka miesięcy temu Komisja Europejska pozwała Polskę do Trybunału Sprawiedliwości UE za niewdrożenie regulacji. A wiceminister cyfryzacji Dariusz Standerski doprecyzował, że za brak wdrożenia aktu o usługach cyfrowych, który zaczął obowiązywać w krajach UE około 2 lata temu, Polsce grozi od 35 do 40 mln zł kary ze strony TSUE. Za tymi zapowiedziami poszło działanie i Ministerstwo Cyfryzacji poinformowało w poniedziałek, 26 stycznia, że przygotowano dwa projekty ustaw wdrażające DSA i przekazało je do wpisania do wykazu prac legislacyjnych i programowych rządu.
Pierwszy projekt ustawy zakłada, że prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej zostanie koordynatorem ds. usług cyfrowych. Do jego zadań należeć będzie m.in. nadzór nad stosowaniem DSA oraz współpraca z Komisją Europejską i właściwymi organami innych państw członkowskich. Projekt przyznaje też prezesowi UKE kompetencje kontrolne i sankcyjne. Zgodnie z projektowanymi przepisami nadzór nad stosowaniem w Polsce aktu o usługach cyfrowych będzie też mieć Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) oraz przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (KRRiT).
Natomiast drugi projekt ustawy przewiduje krajową procedurę wydawania platformom nakazów blokowania dostępu do treści nielegalnych w rozumieniu DSA. Procedura ta dotyczy treści, których rozpowszechnianie może wyczerpywać znamiona „najpoważniejszych czynów zabronionych” określonych w przepisach prawa karnego, w tym m.in. przestępstw o charakterze terrorystycznym, dot. handlu ludźmi, przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, przestępstw z nienawiści, poważnych przestępstw seksualnych, oszustw oraz nielegalnego obrotu towarami i usługami - wskazał resort.
Autorzy projektowanych regulacji zaznaczają, że projekt wprowadza też „silne gwarancje proceduralne”, czyli prawo autora kwestionowanej treści do sprzeciwu do sądu powszechnego oraz brak rygoru natychmiastowej wykonalności decyzji UKE i KRRiT. Projektowane przepisy przewidują też mechanizmy przywracania zablokowanych treści w przypadku błędnego zablokowania ich przed platformę.
- Bezpieczny internet i ochrona użytkowników platform są dla nas priorytetem. Weto prezydenta nie może powstrzymać wdrożenia tych rozwiązań, dlatego składamy do wykazu prac legislacyjnych dwa projekty ustaw implementujących europejski Akt o usługach cyfrowych. Pozostajemy jednocześnie otwarci na dialog i dalsze konsultacje projektu, w tym współpracę z Kancelarią Prezydenta – zadeklarował cytowany w komunikacie ministerstwa Dariusz Standerski.
Słuszna idea, tylko czy sądy sobie poradzą?
Projekty nie zostały jeszcze opublikowane, więc wiele szczegółów nie jest jasnych, ale wprowadzenie sądowej kontroli decyzji blokujących treści na pewno jest odpowiedzią na zasadniczy zarzut prezydenta. Jest jednak wątpliwość, czy właściwie ocenione zostały zdolności polskich sądów do zajmowania się takimi sprawami. Prof. Krystian Markiewicz, sędzia Sądu Okręgowego w Katowicach i przewodniczący Komisji Kodyfikacyjnej Ustroju Sądownictwa i Prokuratury, powiedział Prawo.pl, że z nim nikt tego projektu nie konsultował. Przyznaje on, że z konstytucyjnego punktu widzenia taka sądowa kontrola dobrze brzmi, ale ma wątpliwości co do realności jej stosowania w i tak przeciążonych sądach powszechnych. – Po raz kolejny mamy do czynienia z brakiem porządnej analizy skutków projektowanej regulacji. Skala mowy nienawiści i innych naruszających prawo treści w internecie jest ogromna, a więc dużo może być też tych blokad i odwołań od decyzji. Nikt chyba nie umie ocenić realnie skali problemu, a tymczasem proponuje się obciążyć sądy, które i tak ledwo zipią, nowym zadaniem – powiedział Prawo.pl. I przypomniał inne podobne pomysły, jak zwiększenie zadań sądów przy zatwierdzaniu kontroli operacyjnych, czy ostatnia propozycja, by do sądów trafiały decyzje inspektorów pracy o przekształcaniu tzw. umów śmieciowych w umowy o pracę. – W tym ostatnim przypadku pojawiły się przynajmniej szacunki, o ile etatów sędziowskich miałyby być wzmocnione sądy, ale bez gwarancji co do realności tych planów. W przypadku tej projektowanej sądowej kontroli blokad treści w internecie nie słyszę o szacowaniu potrzebnego wysiłku i kosztów. To prosta droga do stworzenia fikcji, słusznego mechanizmu, który jednak nie będzie działał – ocenił w rozmowie z Prawo.pl.
Czytaj: Sądy mają lepiej nadzorować kontrole operacyjne, ale to może być martwe prawo>>
Sędzia Beata Najjar: Odpowiednio wzmocniony sąd może lepiej nadzorować kontrole operacyjne>>
Większa ochrona wolności słowa, mniej bezpieczeństwa dla ludzi
Z pewną nadzieją, ale także z wątpliwościami propozycję Ministerstwa Cyfryzacji przyjmuje Kampania Przeciw Homofobii, występująca w imieniu grup szczególnie narażonych na ataki w internecie. - Ważne jest, że ministerstwo przygotowało nową propozycję przepisów wdrażających Akt o usługach cyfrowych, który zapewni wszystkim w Polsce bezpieczeństwo w internecie – ocenia Miko Czerwiński, osoba dyrektorska KPH. Przypomina, że już poprzednia wersja gwarantowała możliwość odwołania się do sądu i tym samym wstrzymanie wykonania decyzji prezesa UKE, jednakże w obecnej wersji ten proces daje więcej czasu gwarantując brak natychmiastowej wykonalności.
- Ten zabieg z jednej strony przykłada większą wagę do ochrony wolności słowa, jednocześnie jednak pozostawiając dłużej nielegalne treści w internecie, narażając bezpieczeństwo i zdrowie osób. Czy będziemy musieli czekać 12 lat na zapewnienie sprawiedliwości tak, jak chociażby w sprawie Bednarek i inni p. Polsce (skarga nr 58207/14 w Europejskim Trybunale Praw Człowieka)? - pyta. I sugeruje, że możliwymi rozwiązaniami byłoby wprowadzenie zapisów analogicznych do trybu wyborczego czy tego zapewnionego w prawie o zgromadzeniach, gdzie sądy mają 24 godziny na rozpoznanie sprawy. - Nie będę ukrywać, że takie rozwiązania powinny być brane pod uwagę, gdy na szali są nasze podstawowe prawa człowieka. Z pewnością jako Kampania Przeciw Homofobii, będziemy obserwować dalsze procedowanie zapowiedzianych projektów, tak aby faktycznie chroniły one osoby w internecie – deklaruje Miko Czerwiński.
Czytaj także: Przemysław Walas: Decyzja prezydenta osłabia walkę z przemocą w internecie>>





