Local content – biznes chce konkretów
Polski biznes nie chce, aby hasło local content ograniczało się jedynie do uroczystości, konferencji prasowych i wielostronicowych strategii, ale aby zapowiadana „repolonizacja” stała się faktem, czyli więcej zleceń trafiało do rodzimych firm, zwłaszcza w zamówieniach publicznych. Ma też konkretne postulaty co do zmian w prawie, w tym ukrócenie zatorów płatniczych, deregulacja, więcej mniejszych kontraktów. Do niektórych zmian w przepisach może być jednak trudno przekonać Brukselę.

Local content to jeden z najbardziej modnych tematów ostatnich miesięcy. Polskie firmy, zwłaszcza te, na które przynajmniej pośrednio ma wpływ Skarb Państwa albo Wojciech Balczun, minister aktywów państwowych (MAP), prześcigają się więc w podawaniu informacji o local content. Polregio zamówiło właśnie w Pesa Bydgoszcz sześć elektrycznych zespołów trakcyjnych Elf 3.0 z opcją na kolejne 16 składów. Podstawowa wartość kontraktu to 264 miliony złotych (z opcją to prawie miliard). W przypadku Polregio większościowym udziałowcem spółki jest Agencja Rozwoju Przemysłu (50 proc. plus jeden udział), a pozostałymi udziałowcami - samorządy wojewódzkie. Inny chętnie podawany przykład to inwestycje z programu SAFE Polskiej Grupy Zbrojeniowej (PGZ) i jej kooperantów.
Na razie głównie rekomendacje
MAP rekomenduje szerokie stosowanie local content instytucjom państwa, jednostkom samorządu terytorialnego, spółkom komunalnym oraz firmom prywatnym.
Jak największa część środków inwestowanych w Polsce powinna pracować na rzecz krajowych firm, pracowników i przyczyniać się do rozwoju rodzimych technologii. To wzmacnianie potencjału własnej gospodarki – podkreśla minister Wojciech Balczun, który z local content uczynił jedno ze sztandarowych haseł swojego urzędowania.
Z analizy banku PKO BP wynika, że local content wyższy o 10 proc. w całej gospodarce, to wzrost dochodów państwa o 30 miliardów złotych. W czerwcu 2026 r. Premier Donald Tusk podpisał „Dobre praktyki w zakresie zwiększenia przez spółki z udziałem Skarbu Państwa udziału komponentu krajowego w kluczowych procesach inwestycyjnych”, które zostały przygotowane przez ekspertów MAP. Opracowano metodologię pomiaru local content, a Główny Urząd Statystyczny uruchomił pilotaż obejmujący projekty realizowane przez spółki energetyczne. W największych spółkach zostali powołani pełnomocnicy ds. local content, a rady nadzorcze mają oceniać zarządy z postępów we wdrażaniu programu w ramach realizacji celów zarządczych (KPI).
Local content ma też być jednym z priorytetów prac Zespołu do spraw Deregulacji i Dialogu Gospodarczego. Zespół przez ostatnie 2,5 roku koncentrował się na deregulacji, teraz zaś – jak zapowiada Michał Jaros, wiceminister rozwoju i technologii - chce się skupić na zmianach systemowych w takich obszarach, jak podatki, postępowania sądowe i właśnie zwiększanie udziału polskich firm w dużych zamówieniach i inwestycjach.
Pierwszy etap deregulacji przyniósł realne rezultaty. Teraz kontynuujemy prace. Upraszczanie przepisów i budowanie partnerskich relacji między państwem, a biznesem to jeden z kluczowych kierunków – podkreśla min. Jaros.
A niekiedy nawet z pozoru drobne zmiany mogą mieć duże efekty. Mariusz Sanocki, adwokat w kancelarii Baltic Lawyers, chwali – pod kątem local content – ostatnie upraszczające zmiany w przepisach podatkowych dla marynarzy zatrudnionych na polskich jednostkach w sektorze offshore.
Ta zmiana oznacza w praktyce wzrost konkurencyjności polskiej bandery. Zniesienie barier podatkowych tworzy realną zachętę do rejestracji specjalistycznych jednostek pływających w Polsce. Oznacza to silniejszy local content: zatrzymujemy w kraju najwyższej klasy specjalistów morskich i budujemy polski łańcuch dostaw na stabilnych fundamentach – podkreśla mec. Sanocki.
Żeby plusy nie przesłoniły nam minusów
Biznes już jednak zaczyna mówić brutalnie „sprawdzam” i traktuje kwestie local content bardzo pragmatycznie. Głos w tej sprawie zabrała Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP).
Konieczne jest przekucie zapowiedzi na konkretne działania. Ze względu na ograniczenia prawne jesteśmy w pełni świadomi, że proste rozwiązania nie są możliwe. To, co jest potrzebne, to kształtowanie warunków zakupów w taki sposób, aby wyrównać szanse polskich firm w starciu z zagranicznymi konkurentami i uwzględniać przewagi naszych firm – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący FPP.
FPP zauważa, że w wielu przetargach nadal wybiera się po prostu oferty najtańsze. Tymczasem, polskie firmy mają przewagi, które muszą być dostrzeżone przez sektor publiczny.
Władze nie mogą poprzestać na ogólnych zapowiedziach, a konieczna jest żmudna praca nad konkretnymi rozwiązaniami w procesach zakupowych. Tej pracy nie zastąpią ani deklaracje polityczne, ani abstrakcyjne wytyczne. Zamawiający muszą wreszcie dostrzec, że zaplecze techniczne i bezpieczeństwo łańcucha dostaw najlepiej gwarantują lokalni wykonawcy. Nie można eliminować polskich firm przez stawianie wygórowanych warunków finansowych, które często promują zasobne koncerny ponadnarodowe. Przede wszystkim jednak konieczne jest mobilizowanie decydentów do traktowania zapowiedzi premiera na poważnie. To zadanie może wypełnić tylko rząd. Dotąd jednak tego nie widzimy – pisze Kowalski w imieniu FPP w specjalnym apelu do MAP.
Pojawiają się też konkretne postulaty zmian w przepisach suflowane rządowemu zespołowi deregulacyjnemu.
Czekamy na obiecany projekt ustawy przeciwdziałający zatorom płatniczym, gdyż kwestia ta bardzo utrudnia prowadzenie działalności gospodarczej, zwłaszcza małym firmom które nie mogą, pod groźbą utraty zamówień, "postawić się" tym dużym – podkreśla Adam Abramowicz, były rzecznik MŚP, obecnie prezes Organizacji Pracodawców Rada Przedsiębiorców odpowiadając wiceministrowi Jarosowi.
PZP – tu wcale nie jest prosto
FPP zwraca jednak uwagę, że nawet ustawa z 11 września 2019 r. - Prawo zamówień publicznych (Dz. U. z 2026 r. poz. 793) zawiera wiele rozwiązań, które mogą pomóc wspierać polskie firmy.
Zwykle nie są one jednak stosowane. Co gorsze, sektor publiczny często nie jest nawet świadomy potencjału i oferty polskich firm. Tymczasem, bez solidnego poznania polskich firm, zamawiający będą działali „na ślepo”, co nie przyniesie korzyści naszej gospodarce. Jeszcze większe możliwości mają spółki Skarbu Państwa, które w wielu przypadkach nie muszą stosować PZP – zauważa Kowalski.
A przy local content w zamówieniach publicznych jest wiele znaków zapytania. Sektor ten w ciągu najbliższych kilku lat czeka legislacyjna rewolucja i odejście od implementacji unijnych dyrektyw na rzecz ujednolicenia przepisów i wprowadzenia jednego wspólnego rozporządzenia na obszarze całej Unii Europejskiej (pisaliśmy o tym w tekście: Będzie unijna rewolucja w przetargach). Pole manewru dla polskiego local content przez to może się zawęzić, zwłaszcza że art. 26 Traktatu o Funkcjonowaniu UE zabrania dyskryminacji ze względu na pochodzenie, zapewniając swobodny przepływ towarów, osób, usług i kapitału. Nie oznacza to jednak, że nie ma przestrzeni do wspierania local content poprzez zamówienia publiczne. Dr Jarosław Kola z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu – autor pierwszy w polskiej literaturze publikacji o local content – zwraca uwagę, że pod pewnymi warunkami organizowanie procesów zakupowych i inwestycyjnych w paradygmacie local content jest dopuszczalne, a wręcz uzasadnione.
Czytaj też w LEX: Idea local content a zamówienia publiczne >
Ryzyko kwestionowania działań podejmowanych w tym obszarze przez władzę publiczną i jej emanacje jako niezgodnych z prawem wzrasta niepomiernie, gdy stanowią one efekt refleksji niepogłębionej, opartej na uproszczeniach i wyabstrahowanej od szerszego kontekstu uwarunkowań prawnych. Mówiąc dosadnie: najpoważniejszym katalizatorem wzrostu ryzyka związanego z promowaniem local content jest powierzchowność debaty nad tym zjawiskiem – tłumaczy dr Kola.
Ekspert ostrzega też jednocześnie, że dotychczas próby promowania local conent spotykały się z krytyką TSUE, która jednak koncentrowała się na niezdolności organizatorów przetargów do wykazania, że stosowane przez nich rozwiązania są proporcjonalne – a więc adekwatne i zarazem konieczne dla osiągnięcia strategicznych celów. Innymi słowy: nie byli oni w stanie wykazać, że faworyzowanie lokalnych wykonawców nie było środkiem do zaspokojenia obiektywnej potrzeby, lecz było celem samym w sobie.
Autorzy spornych rozwiązań w zasadzie zawsze opierali swą argumentację na potrzebie ochrony wartości, które TSUE w swym orzecznictwie identyfikował jako tzw. wymogi imperatywne (np. cele strategiczne, takie jak zapewnienie bezpieczeństwa życia i zdrowia obywateli, ochrona zdrowia, przeciwdziałanie degradacji społecznej terenów zagrożonych bezrobociem, czy zapewnieniem dostępności świadczeń zdrowotnych dla obywateli). W zdecydowanej większości wyroków TSUE uznał niezgodność ocenianych środków z regułami rynku wewnętrznego, jako nieuzasadnione ograniczenie konkurencji. Warto jednak wyraźnie podkreślić, że w żadnym z rozstrzygnięć TSUE nie stwierdził, że stosowanie rozwiązań, które pośrednio lub bezpośrednio premiują rozwiązania lokalne, czy też wykorzystywanie lokalnych zasobów, jest zawsze niedozwolone. Stwierdzał jedynie, że w konkretnych okolicznościach badanych w sprawie zastosowane przez zamawiających rozwiązania były nieproporcjonalne – wyjaśnia dr Kola.
Co zmienić bez nowelizacji przepisów
Biznesmeni i prawnicy dostrzegają także duże możliwości dla local content bez konieczności zmiany przepisów. Niektóre z nich są niestandardowe, w tym zachęta do reklamowania usług polskich wykonawców dla zagranicznych partnerów. Chodzi o takie sektory, jak np. turystyka, transport, offshore, a promocją tych branż może się zająć powołana kilka tygodni temu pełnomocniczka ds. promocji marki Polska prof. Barbara Mróz-Gorgoń ( o ile sama pełnomocniczka się utrzyma na tym stanowisku po wybuchu w ostatnich dniach afery z raportem "Polaków portret własny").
Możemy świetnie obsługiwać potoki towarowe, mamy odporne łańcuchu dostaw, wspaniałych przewoźników drogowych i logistyków. Dobra promocja przemysłu i transportu ściągnie do Polski nowych inwestorów i klientów na nasze usługi. Brakuje nam skoordynowanych kampanii, intensywnego udziału w światowych wydarzeniach i na międzynarodowych targach, gdzie będziemy mówić o naszym Bałtyku, atrakcyjnej ofercie, nowoczesnych inwestycjach i przede wszystkim o bezpieczeństwie - mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie, która podkreśla jednocześnie, że typowym, choć jeszcze niedocenianym polskim local content są też produkty regionalne, w tym wina z krajowych winnic.
Inny pomysł - tym razem z Ministerstwa Infrastruktury - to ogłaszanie większej liczby przetargów na mniejsze zadania, aby polskie firmy mogły wzmacniać swój potencjał, a mniejszy przedsiębiorca nie był tylko podwykonawcą. Zdaniem Dariusza Klimczaka, szefa MI, właśnie na tym może polegać w praktyce local content.
To są także zwykłe działania zarządcze. Trzeba ogłaszać przetargi nie tylko na miliardy, z czego oczywiście jesteśmy dumni, ale także takie, w których polski mały przedsiębiorca nie był zawsze podwykonawcą. Dlatego musimy ogłaszać mnóstwo przetargów na 30, 60, 100, 300 milionów, tak aby polskie firmy budowały swój potencjał. Local content to jest po prostu zwykłe życie budowlane, które musi zrozumieć polski urzędnik – podkreślał Klimczak na konferencji podsumowującej przetargi na polskich kolejach.
Linki w tekście artykułu mogą odsyłać bezpośrednio do odpowiednich dokumentów w programie LEX. Aby móc przeglądać te dokumenty, konieczne jest zalogowanie się do programu. Dostęp do treści dokumentów LEX jest zależny od posiadanych licencji.












