W czwartek 22 sierpnia w Sądzie Okręgowym w Warszawie odbyła się kolejna rozprawa w sprawie Beaty Krusenstern-Haupt przeciwko TU Europa. Kobieta domaga się unieważnienia umowy ubezpieczenia z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym (tzw. polisolokaty). To nie jest wyjątkowa sprawa, bo podobnych są tysiące. Jak się jednak okazało, obok istoty tej umowy sporną kwestią była jawność rozprawy. Szczególnie, że zainteresowanie nią było bardzo duże.
Prowadzący postępowanie sędzia Tadeusz Bulanda jednak wyraźnie wskazał, że w takich sprawach nie ma co liczyć na wyłączenie jawności, oraz, że jest w stanie sam ponieść trud oceny sprawy, nie potrzebuje pomocy biegłego, ani oczekiwania na orzeczenie Trybunału sprawiedliwości UE.

Zobacz procedurę w LEX: Posiedzenie przy drzwiach zamkniętych >

 


Tajemnica, której nie ma

Na początku rozprawy dr Stanisław Sołtysik, adwokat, pełnomocnik pozwanego towarzystwa, zawnioskował o wyłączenie jawności rozprawy na podstawie art. 153 par. 11 Kodeksu postępowania cywilnego, gdyż uznał, mogą być ujawnione okoliczności stanowiące tajemnicę przedsiębiorstwa. Jakie to mogą być okoliczności, trudno powiedzieć, bo dość liczna publiczność – zabrakło miejsc do siedzenia - została wyproszona do czasu podjęcia decyzji przez sędziego. Ten jednak uznał, że nie ma potrzeby zamykać drzwi. - Skoro nie udostępnia publiczności akt sprawy, nie odczytuje ich, to nie dochodzi do ryzyka ujawnienia tajemnicy - powiedział sędzia Tadeusz Bulanda.

Anna Lengiewicz, radca prawny, pełnomocnik powódki, podkreśla, że to dobra decyzja, bo gwarancją sprawowania dobrego wymiaru sprawiedliwości, jest dopuszczenie publiczności, zwłaszcza, gdy nie tajemnic, które można by chronić. Dodaje też, że często pojawiają się takie wnioski, bo jak inni się nie dowiedzą o sprawie, to będzie mniej pozwów.

Czytaj w LEX: Reforma KPC - przepisy, które wchodzą w życie 21 sierpnia 2019 r. >

 

O własnych siłach

Podczas rozprawy padł też wniosek ze strony powódki, by sąd powołał biegłego do spraw rynków finansowych. W tej sprawie jest już opinia biegłego aktuariusza opracowana na wniosek pozwanego. Zdaniem Anny Lengiewicz nie odnosi się ona do istoty sprawy. – Aktuariusz jedynie liczy koszty, działa jak matematyk, a nie ocenia, czy umowa ubezpieczenia na cudze ryzyko mogła być odpłatna – tłumaczy Anna Lengiewicz. Stąd też wnioskowała o jej odrzucenie i powołanie nowego biegłego do spraw rynków finansowych, który byłby w stanie zweryfikować, czy na podstawie wzorca jej klientka mogła obliczyć, jakie świadczenie otrzymaliby jej bliscy po jej śmierci, albo ona w razie dożycia do końca umowy, która miała trwać 15 lat.

Zdaniem Stanisława Sołtysika warunki ubezpieczenia oraz regulamin precyzowały świadczenia należne ubezpieczonemu w odniesieniu do mierzalnej obiektywnie wartości rachunku danego ubezpieczonego, na którym zgromadzone były przypisane mu jednostki uczestnictwa. Sędzia Tadeusz Bulanda stwierdził zaś, że sam potrafi ocenić, czy konsument nie będący ekspertem jest w stanie na podstawie wzorca ocenić, co kupuje. - To stwierdzenie sędziego spodobało mi się, bo zadaniem sądu jest wcielenie się w rolę konsumenta, przeczytanie wzorca i stwierdzenie, czy jest jasny, czy określa wysokość świadczenia czy spełnione są obowiązki informacyjne dotyczące charakterystyki aktywów, czyli tego, co towarzystwo kupuje za nasze pieniądze – ocenia Anna Lengiewicz.
 

Sprawdź w LEX, ile zapłacisz za pozew: Kalkulator nowych opłat w sprawach cywilnych w LEX wprowadzonych przez reformę KPC >

 

Bez pomocy TSUE

Radczyni zaproponowała też zawieszenie postępowania do czasu rozstrzygnięcia przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej pytań sądu Rejonowego dla Warszawy-Woli, zadanych w podobnej sprawie. W marcu tego roku zapytał on, jakie obowiązki informacyjne powinno spełnić towarzystwo i jakie są skutki ich niewypełnienia. Zdaniem sędziego Bulandy nie ma takiej  potrzeby. – To sąd krajowy powinien własnymi siłami ponieść trud oceny sprawy – powiedział sędzia. I zaplanował kolejne posiedzenie na 21 października. Co prawda już w czwartek chciał zamknąć rozprawę, ale pełnomocnik pozwanej powołał się na wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 6 listopada 2018 roku (sygn. akt VI ACa 421/17). Jego zdaniem w podobnej sprawie sąd nie przychylił się do argumentów konsumenta. Orzeczenie nie jest opublikowane, sąd dał więc czas drugiej stronie na zapoznanie się z nim.
Zobacz nagranie szkolenia w LEX: Czynności stron i sądu w związku z reformą postępowania cywilnego >

 


Tysiące spraw

Przed kilku laty tzw. polisolokaty kupiło kilka milionów Polaków. Założenie było takie, że klient wpłaca na początku sporą kwotę, następnie regularnie przez kilkanaście lat mniejsze, a towarzystwo je inwestuje. Dzięki temu klient miał mieć dwa w jednym: ochronę ubezpieczeniową oraz dobrze ulokowane pieniądze. Szybko się jednak okazało, że w wielu przypadkach wartość zainwestowanych pieniędzy drastycznie spadła, a za wypowiedzenie umowy groziły astronomiczne opłaty likwidacyjne. Pani Beata w ciągu 15 miesięcy z 300 tys. straciła 120 tys. zł, a gdy zrezygnowała z takiego ubezpieczenia, pozostałą kwotę towarzystwo zatrzymało sobie właśnie jako opłatę likwidacyjną. Teraz powódka chce, by jej oddało wszystkie wpłacone pieniądze, bo nie została dokładnie poinformowana o zasadach tej umowy.

Co do zasady nie ma wątpliwości, że towarzystwa muszą zwrócić zbyt wysokie opłaty likwidacyjne. Gra idzie jednak o zwrot całej wpłaconej kwoty. Dotychczas rozstrzygnięcia sądów były różne. Ostatnio zaś zapadło kilka pozytywnych wyroków dla poszkodowanych przez tzw. polisolokaty.
Cezary Orłowski z biura Rzecznika Finansowego dla przykładu wskazuje orzeczenie Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 18 kwietnia 2019 r. (sygn. akt I ACa 3/18). Zgodnie z nim zasadniczą cechą umów ubezpieczenia jest spoczywające na zakładzie ryzyko ubezpieczeniowe. - W przypadku wystąpienia wypadku ubezpieczeniowego ma on bowiem wypłacić świadczenie przewyższające opłaconą  składkę.  Na tym polega istota ochrony ubezpieczeniowej – czytamy w uzasadnieniu.

Podobnie warszawski SA wypowiedział się w wyroku z 24 maja 2019 r., (sygn. akt V ACa 451/18). Sad ten również uznał, że istotą umowy ubezpieczenia jest ponoszenie ryzyka przez ubezpieczyciela. -  W ubezpieczeniach na życie z UFK, niezależnie od ich inwestycyjnego charakteru, musi być zawarty element ubezpieczeniowy i niezależnie od jego rozmiaru, powinien on odpowiadać umowie ubezpieczenia – tłumaczy Cezary Orłowski. - To na ubezpieczycielu spoczywa zatem ryzyko ubezpieczeniowe związane z wypłatą świadczenia. Ażeby tak było, świadczenie nie może pokrywać się wyłącznie z kwotami, które wpłaca ubezpieczony na cel inwestycyjny, po ich pomniejszeniu o opłaty administracyjne. W takiej sytuacji bowiem brak jest jakiegokolwiek ryzyka po stronie ubezpieczyciela - tłumaczy Cezary Orłowski. Takie stanowisko przedstawia też rzecznik finansowy w istotnym poglądzie w sprawie tzw. polisy strukturyzowanej.
Anna Lengiewicz wyjaśnia zaś, że gdyby jej klientka zmarła, to jej bliscy dostaliby tylko 1 proc. wartości rachunku. - W przypadku 300 tys. zł składek, to jest 3 tys. zł. A to oznacza, że tak naprawdę pod przykrywką ubezpieczenia sprzedawano produkty inwestycyjne – wyjaśnia Anna Lengiewicz. Dlatego domaga się unieważnienia umowy.