Przewlekłość postępowań sądowych to prawdziwa zmora także dla frankowiczów. Ci, którzy zdecydowali się wejść na wojenną ścieżkę ze swoim bankiem i wnieść pozew do sądu, muszą uzbroić się w cierpliwość. Postępowanie sądowe potrafi trwać latami. Rekordziści na pierwszą rozprawę czekają nawet 5 lat. Ci, którzy mają  więcej szczęścia na starcie szybko mogą je stracić. Wiele sądów zawiesza postępowania z powodu spraw toczących się przed Sądem Najwyższym lub Trybunałem Sprawiedliwości UE, a potem nie śpieszy się z ich odwieszaniem. Są i tacy, których sprawy po prostu ślimaczą się, a wyroku jak nie było tak nie ma. 

Ugoda w sprawie wzajemnych roszczeń banku i kredytobiorcy dotyczących kredytu walutowego (frankowego) - WZÓR DOKUMENTU >

Prawnicy nie mają wątpliwości, że przyczyny przewlekłości są różne. To co najbardziej doskwiera, to zbyt mała liczba sędziów w stosunku do liczby spraw. Zostali wręcz "zasypani" pozwami, ale nie wszystko da się wytłumaczyć zalewem spraw. Sami sędziowie uważają, że przewlekłość to problem nie tylko postępowań frankowych. Sądy generalnie nie radzą sobie z masowymi sprawami. 

Czytaj też: Dzięki SN frankowicz, który jest przedsiębiorcą, może wygrać z bankiem>>
 

Rekordowa liczba spraw, a orzekających zbyt mało 

Liczba spraw frankowych stale rośnie. Tylko w pierwszym kwartale 2022 r.  wpłynęło ich do sądów  łącznie prawie 16 tys. To o przeszło 21 proc. więcej niż dokładnie rok wcześniej. Blisko połowa wszystkich pozwów trafiła do stolicy. Natomiast największy wzrost zanotowano w Suwałkach, bo o przeszło 120 proc.  Kolejny w zestawieniu jest Białystok – ponad 97 proc., a następne są Siedlce– blisko 75 proc. - Dokładnie nikt tego jeszcze nie policzył, ale szacuje się, że spraw frankowych w Polsce jest ok. 70 tysięcy i liczba ta stale i szybko rośnie. To nadal nieco ponad 10 proc. liczby wszystkich tego typu kredytów udzielonych w przeszłości, więc potencjał na kolejnych 70 tysięcy i więcej na pewno jest - tłumaczy Tomasz Konieczny, radca prawny, partner w kancelarii Konieczny, Polak Radcowie Prawni.

Czas trwania postępowań jest bardzo różny – od 6 miesięcy do 5 lat w I instancji i od 4 miesięcy do 2 lat w II instancji. - Poza sytuacjami, w których sprawa jest rozpoznawana ekspresowo, o np. w ciągu 1,5 roku w obu instancjach, to regułą jest jednak wieloletni czas oczekiwania na wyrok. - mówi Karolina Pilawska, adwokat, wspólnik w Pilawska Zaorski Adwokaci. 

Czytaj też: Konsekwencje prawne i praktyczne braku uchwały SN dotyczącej rozbieżności w orzecznictwie dotyczącym kredytów frankowych - III CZP 11/21 >

Prawnicy uważają, że w głównej mierze na przewlekłość postępowań sądowych wpływa zbyt mała liczba sędziów. W Sądzie Okręgowym w Warszawie standardem jest, że sędzia w swoim referacie ma od 600 do 1500 spraw. Są to ilości niewyobrażalne, szczególnie biorąc pod uwagę problemy sądów związane z zatrudnianiem asystentów sędziów.  - Nawet jeżeli sędzia ma jednego asystenta do pomocy, to i tak w mojej ocenie przy takiej obszerności referatów tę pracę powinien wykonywać zespół osób. Jeżeli sędzia ma przykładowo 1000 spraw i sesję dwa razy w tygodniu, to tygodniowo może wyznaczyć średnio 10 rozpraw. W skali miesiąca daje nam to 40 rozpraw, a roku około 350-400, bo przecież sędziowie też mają urlopy, święta itd. Przy referacie obejmującym 1000 spraw okazuje się, że w danej sprawie sąd może wyznaczyć rozprawę średnio raz na 2 – 2,5 roku. Jeżeli w sprawie potrzeba kilku rozpraw, to automatycznie okazuje się, że sprawa trwa kilka lat. Sędziowie nie mają fizycznej możliwości procedować szybciej - uważa Karolina Pilawska 

Czytaj też: Sędzia Bednarczyk: W sprawach frankowych kolejny ruch po stronie sądów odwoławczych>>
Sprawdź też: Jak rozliczyć poniesione koszty ubezpieczenia w związku z nieważnością umowy kredytu? >

Żniwa dla pełnomocników a kula u nogi dla sędziów 

Powodów "ślimaczenia" się spraw jest jednak znacznie więcej. Prawnicy zwracają uwagę również, że wymiar sprawiedliwości jest niedofinansowany, brakuje etatów sędziowskich, wykwalifikowanych asystentów sędziów i dobrze opłacanego personelu.

- Pozytywne zmiany w tym zakresie są potrzebne, to wszystko jednak wpłynie na większy komfort pracy, ale niekoniecznie od razu i wprost na jej szybkość i efektywność. Sam komfort pracy nie motywuje sam przez się do wytężonej pracy, a jedynie pozwala na czerpanie przyjemności z pracy jako takiej. Nadal wielu sędziów będzie się pytać samych siebie, czy jest sens kolokwialnie mówiąc zarywać wieczory i weekendy po to, by strona miała na czas uzasadnienie wyroku lub w ogóle rozstrzygnięcie swojej sprawy nie po latach, lecz miesiącach od złożenia pozwu. Jeśli zachętą będzie zwiększone w zamian wynagrodzenie, to pewnie dla znacznej części sędziów byłoby to już wystarczającą, a może nawet (choć oby nie) jedyną motywacją - uważa Tomasz Konieczny. 

Czytaj też: Konstruowanie roszczenia w pozwie frankowym – zagadnienia praktyczne >

I dodaje przykład z życia: Na przywitanie sędzia mówi do pełnomocnika: „Dzień dobry Panie Mecenasie, co tam u Pana?” Odpowiedź pełnomocnika: „A dobrze, dziękuję, mamy bardzo dużo pracy, klientów i spraw, więc jest się z czego cieszyć”. Sędzia w odpowiedzi: „To fakt, tych spraw (w domyśle: kredytowych) jest tyle, że jesteśmy już wszyscy w naszym sądzie na skraju wyczerpania i załamania nerwowego, a niektórzy już chorują”. Skąd tak różne podejście obu przedstawicieli zawodów prawniczych do tego samego zjawiska, czyli notowanego od kilku lat zalewu tzw. spraw frankowych, skoro obaj są porównywalnie przepracowani i pracują na tych samych przepisach czy procedurach? Dlaczego kancelariom zależy na jak największej ilość spraw, a sądom wręcz odwrotnie?

Jego zdaniem różnica jest jedna i zasadnicza: system wynagradzania, a w ślad za tym motywacja do wytężonej pracy. 

 

Jakość pracy sędziów no cóż ... nie najlepsza  

Okazuje się jednak, że nie każdą opieszałość można usprawiedliwić dużą liczbą spraw. Niektórzy  prawnicy ostro krytykują jakość pracy sędziów. 

 

 

- Długi czas oczekiwania na rozstrzygnięcie jest w dużej mierze pochodną podejścia sędziów do prowadzonego postępowania, często schematycznego podejścia, bez pomysłu na zorganizowanie sprawnego procesu. Dało i da się sprawnie zorganizować proces bez kolejnych nowelizacji przepisów, które tylko wprowadzają dodatkowe zamieszenie i powodują pytania do Sądu Najwyższego. Oczywiście kwestia ogromnego wpływu spraw ma znaczenie, ale wiąże się z nią brak próby dostosowywania się do tego faktu. Mam wrażenie, że sędziowie prowadzą postępowania tak, jak robiono to wówczas, gdy spraw było zdecydowanie mniej. Dlatego tak duże nadzieje wiążę z kolejnym pokoleniem sędziów i asesorów, które widzi i być może spróbuje naprawić bolączkę przewlekle prowadzonych spraw - twierdzi Damian Nartowski, radca prawny  w WN Legal Kancelaria Prawna Wątrobiński, Nartowski. 

Czytaj też: Nieważność z mocy ustawy w sprawie frankowej >

Podaje też przykład. - Często pomiędzy wpływem pozwu do sądu a pierwszą rozprawą w sprawie nie są podejmowane inne czynności niż doręczenie pozwu drugiej stronie, wezwanie do złożenia odpowiedzi na pozew, czy dalsza wymiana pism procesowych bez związku z postępowaniem dowodowym. Można przecież w trakcie oczekiwania na wyznaczenie rozprawy postanowić o przesłuchaniu świadków na piśmie (i otrzymać zeznania świadków) czy przeprowadzić dowód z opinii biegłego, tak by na pierwszą rozprawę już mieć ten materiał dowodowy gotowy. Zwłaszcza że czas oczekiwania na opinię biegłego wydłuża się z uwagi na wzrost ilości spraw, a często zdarza się, że dopiero na rozprawie okazuje się, że świadek nie odebrał korespondencji czy jego adres jest nieaktualny - uważa. 

Według niego standardem powinno być wyznaczenie z góry kilku terminów rozpraw. Sąd wyznacza rozprawę za np. 9 miesięcy, ale planuje od razu 3 czy 4 terminy posiedzeń, które będą następować w odstępie tygodnia czy też dwóch tygodni. Taka prosta zmiana w podejściu mogłaby przyspieszyć rozstrzyganie spraw. W dalszym ciągu bowiem przeważają sytuacje, w których na pierwszą rozprawę czas oczekiwania jest bardzo długi, wreszcie termin nadchodzi, a okazuje się, że potrzeba kolejnej rozprawy, która wyznaczona zostaje za 3 miesiące, 6 miesięcy lub dłużej. Wymaga to powrotu do sprawy zarówno przez sąd, jak i pełnomocnika – trzeba kilkukrotnie poświęcić czas na przygotowanie się do tej samej sprawy, bo po roku czy 6 miesiącach niewiele się pamięta.

Czytaj też: Nowe zasady przedawnienia uderzą we frankowiczów i mediacje>>

Nie wszyscy jednak pełnomocnicy krytykują pracę sądów.  Marcin Szymański, partner Drzewiecki, Tomaszek i Wspólnicy Sp.k. , że  sprawy „frankowe”  sytuację – w pewnym stopniu  - ratuje coraz większe doświadczenie sędziów prowadzących te sprawy. -  Sprawy frankowe są w znacznej mierze powtarzalne, co oznacza, że w każdej z nich, sąd ma do czynienia z podobnym zestawem istotnych okoliczności faktycznych, i ma do rozstrzygnięcia bardzo podobne zagadnienia prawne. Dlatego doświadczeni w rozstrzyganiu spraw sądowych sędziowie, potrafią ograniczyć niezbędne do rozstrzygnięcia spraw postępowanie do jednej rozprawy. Dobrymi przykładem jest bardzo sprawnie działający wydział „frankowy” sądu okręgowego w Warszawie. Niestety wydłuża się okres oczekiwania na rozprawę, co wynika z coraz większej ilości spraw. Dlatego poprawa w organizacji procesu bywa dla „frankowiczów”  trudno dostrzegalna. Tymczasem gdyby nie sprawna organizacja procesu sytuacja byłaby dużo gorsza. Efekt bywa taki, że sprawy przeciw bankom wszczęte w zeszłym roku, często dużo szybciej doczekały się rozstrzygnięcia, niż sprawy wszczynane kilka lat temu - dodaje. 

Czytaj też: Klauzule abuzywne jako podstawa prowadzenia sprawy frankowej >

 

 

Spraw dużo, a sędziów mało 

Sami sędziowie nie czarują. Przyznają, że problem z przewlekłością istnieje. I mówią, że jedną z największych bolączek jest ilość spraw. 

- To prawda, że na rozpatrzenie sprawy frankowej czeka się z reguły długo. Jednak  nie jest to problem tego typu postępowań, ale generalnie polskich sądów. Nie radzą sobie z masowymi postępowaniami. Znam też przypadki nawet z innych warszawskich sądów, że postępowania zawiesza się z powodu oczekiwania na kolejne orzeczenie SN, czy też na rozstrzygnięcie TSUE. Co jeszcze bardziej wydłuża postępowania. Mój wydział tego nie robi. Wychodzimy z założenia, że wyroków SN jest tak dużo, że nie ma sensu czekać na kolejne jego orzeczenie, bo nigdy nie wydamy wyroku - mówi dr Piotr Bednarczyk, sędzia, wiceprzewodniczący  XXVIII Wydziału Cywilnego Sądu Okręgowego w Warszawie - czyli wydziału frankowego.

I tłumaczy, że z sędziowskiego punktu widzenia inaczej również wygląda przewlekłość. Jak dany sędzia ma być szybki, jeżeli w jego referacie czeka na rozpatrzenie 1200 spraw, co tydzień więc na wokandę trafia 8 -10 czyli miesięcznie – 30 -40. Łatwo więc  można policzyć ile czasu zajmie mu rozpatrzenie wszystkich, a ciągle napływają kolejne.

Sędzia Piotr Bednarczyk  podkreśla, że sugestie prawników, żeby przed wyznaczeniem pierwszej rozprawy uzyskać zeznania świadków na piśmie lub opinię biegłego, nie mają większego sensu. - W 99 proc spraw przesłuchanie świadków rozmija się z celem, ponieważ postępowanie  frankowe jest obecnie typowo papierowe.  Moim zdaniem nawet przesłuchanie stron jest niezbędne tylko w 10 proc. spraw, w tych, w których jest szansa, że powodowie powiedzą coś więcej niż można zobaczyć w filmikach z rozpraw dostępnych w sieci. Jeżeli powództwo nie ulega zmianie, to obecnie oczekiwanie na rozprawę jest oczekiwaniem na wyrok, a nie na kolejną dodatkową czynność procesową. Niestety, bez odpowiednich zarzutów SN nie może się wypowiedzieć w tej sprawie, bo przy badaniu skargi kasacyjnej Sąd Najwyższy polega na ustaleniach faktycznych sądów powszechnych, a więc musi zaaprobować ich decyzje procesowe w przedmiocie dowodów - dodaje.